Wywiad z Panem Kazimierzem – jak wyjść z alkoholizmu?

Wywiad z Panem Kazimierzem – jak wyjść z alkoholizmu?

ranking ośrodków terapii, jak wyjść z alkoholizmu
Kazimierz Węsło, Kraków, lat 48

 

Kiedy i w jakich okolicznościach zaczął Pan pić?

Pić zacząłem jak miałem coś około 35/36 lat, w momencie kiedy zmieniłem pracę. Byłem dość młody, odpowiedzialny i nie myślałem, że mi się to przytrafi. Ze współpracownikami wychodziłem po pracy na przysłowiowe „piwko”, które oczywiście na jednym się nie kończyło. Tak się zaczęło, że coraz częściej chciałem pić, czułem potrzebę wypicia alkoholu, więc kombinowałem jak tu gdzieś coś wypić. Doszło nawet do tego, że piłem sam w domu, albo się ukrywałem przed domownikami. To piwko, to szklaneczka wódki, potem butelka, jedna druga… Czasem nawet zdarzało się do nieprzytomności. Niestety coraz częściej.

 

Kiedy i po jakim czasie uświadomił Pan sobie, że jest uzależniony?

O dziwo bardzo szybko sobie uświadomiłem. Jakoś po paru miesiącach picia. Kiedy w domu po pierwszym upiciu się do nieprzytomności, obudziłem się na kanapie w dość „niewyraźnym” stanie. Wtedy zrozumiałem, że po prostu nie kontroluje już tego ile i jak pije. Nie myślałem, że się uzależnię wychodząc ze znajomymi wypić po pracy. Przecież to tylko relaks po pracy. A jednak przeliczyłem swoje siły i wytrzymałość organizmu.

 

Jaki był najgorszy moment w trakcie całego uzależnienia, który wpłynął na Pańską decyzję o podjęciu leczenia?

Cóż… Nie jest to miłe wspomnienie, dość bolesne fizycznie, ale w sumie uratowało mnie. Mieszkam w domu dwupiętrowym. Kiedy jednej nocy byłem pod wpływem alkoholu i schodziłem z piętra do kuchni, straciłem równowagę i spadłem ze schodów. Skutkiem tego było wstrząśnienie mózgu i złamana noga w łydce. Wiele razy sobie tłumaczyłem, że gdybym nie wypił, gdybym w ogóle nie pił, to by się nigdy nie stało. To był dla mnie dość mocny cios, po którym postanowiłem zrobić coś w końcu z moim nałogiem. Z tą nogą nawet nie mogłem iść do pracy. Zacząłem użalać się nad sobą, ale cały czas w głowie miałem myśl, że to wszystko przez alkohol.

 

Jak nałóg wpłynął na Pańskie relację z rodziną i bliskimi, a jaki miał wpływ na Pańską pracę.

Z dziećmi bardzo się od siebie oddaliliśmy. Praktycznie nie miałem z nimi w ogóle kontaktu, nie rozmawialiśmy, nie spędzaliśmy razem czasu, nawet jak nie miałem wypite. Bolało mnie to bardzo, ale w żadnym stopniu nie dziwiłem im się. Wstydziły się ojca alkoholika. Sam do tego doprowadziłem. Do domu też nikogo nie sprowadzali, bo przecież jak mogli ukazać prawdę przed znajomymi, że ich ojciec pije. Moja żona natomiast trwała przy mnie, wspierała, próbowała wielokrotnie namówić mnie na leczenie, ale nigdy jej nie posłuchałem. Nie powiem, nasze relacje również się ochłodziły, ale nie do tego stopnia byśmy się unikali, czy myśleli o rozstaniu. Nigdy jej nie tego nie zapomnę, że trwała cały ten bolesny dla niej również okres. Na całe szczęście jedyne gdzie nie miałem problemów to praca. Nie piłem w pracy, zawsze po albo w domu, nie przychodziłem pod wpływem alkoholu ani nic, nawet jeśli poprzedniego dnia przesadziłem, to brałem wolne z rana. Kiedy poprosiłem o bezpłatny urlop, bym mógł pojechać na leczenie, szef nie stwarzał problemów, zrozumiał i obiecał, że po powrocie będzie dla mnie w firmie dalej miejsce. Obietnicy swej dotrzymał, do dnia dzisiejszego u niego pracuje.

 

W jaki sposób udało się pokonać nałóg i jak długo trwa już Pańska abstynencja?

Nie piję już od 5 lat, sam jestem zdziwiony jak szybko ten czas zleciał. Leczyłem się w ośrodku leczenia uzależnień. Wybrałem ośrodek stacjonarny, bo bałem się, że sam nie będę potrafił się kontrolować i sobie nie poradzę z tym. Nie był to łatwy okres dla mnie, ani dla mojej rodziny, ale byłem zmuszony by coś z tym zrobić i wierzyłem, że się uda. Ośrodek, w którym przebywałem około 2 miesięcy nazywa się Wiosenna. Jest zaraz pod Krakowem w Ściejowicach. Miałem tam wspaniałą opiekę, która równie mocno we mnie wierzyła co ja i moja żona. Oczywiście po pobycie u nich nie zaprzestałem leczenia, ale czułem się na tyle silny by wyjść z ośrodka i dojeżdżać na terapię. Chciałem jak najszybciej wrócić do domu, do rodziny. A leczenie dalej prowadzę z psychoterapeutą. Szczególnie jak czuje, że mam gorszy okres, albo coś idzie nie po mojej myśli. Kiedyś bym sięgnął po butelkę, teraz wiem, że to nie jest rozwiązanie.

 

Kto najbardziej Panu pomógł podczas wychodzenia/leczenia z nałogu?

Przede wszystkim żona. Z dziećmi prawie nie miałem kontaktu, moi nowi znajomi z pracy popijali dalej. Jakby nie patrzeć została mi wtedy tylko żona, ale nie mam na co narzekać. Ta kobieta dbała o mnie w każdym okresie, była przy mnie i mnie wspierała. Potrafiła być konsekwentna, na alkohol mi nie dawała, samego alkoholu do ręki też mi nie wsadzała. Jak straciłem przytomność w salonie na fotelu, to mnie tam zostawiała. Tak abym odczuwał skutki picia, ale oczywiście nie pozwoliła, aby mi się jakaś krzywda stała. Ta złamana noga, to oczywiście była tylko i wyłącznie moja wina, bo kto mi kazał po pijaku chodzić po schodach…

 

Jaka była rola rodziny podczas walki z nałogiem?

Tak jak już wspomniałem, żona była dla mnie wielkim oparciem, natomiast dzieci… No właśnie dzieci… Ciężko mi mówić o tym, bo zachowywały się nawet w pewnym momencie jakby mnie nie było, jakbym nie istniał. Były dla mnie jakby takim wielkim motywatorem, aby udało się wyjść z tego uzależnienia i żebym mógł odnowić z nimi kontakt. Bym mógł zasłużyć na kolejną szansę bycia dla nich ojcem.

 

Ile było prób wyjścia z nałogu?Jeśli było ich więcej niż jedna, to dlaczego poprzednie się nie powiodły.

Ośrodek leczenia uzależnień Wiosenna, to była pierwsza próba wyjścia z nałogu. Z dumą w głosie powiedziałbym, że udana. Po dwóch miesiącach pobytu w tym ośrodku poczułem się już na tyle silny by wyjść. To był ten moment, kiedy wiedziałem, że mi się udało, że nie będę już więcej pić. W dalszym ciągu zmagam się z nałogiem i wiem, że zawsze tak już będzie. Alkoholik już na zawsze pozostanie alkoholikiem, będzie odczuwał skutki picia i często nawet zapranie się choć trochę napić… Ale ja mam dla kogo być trzeźwym i to sprawiło pewnie, że ta pierwsza próba była w pełni udana.

 

Co według Pana jest kluczowe podczas wychodzenia z nałogu?

Wiara w człowieka, że się uda. To jest chyba najważniejsze podczas całego procesu odwykowego i leczenia. Trzeba samemu wierzyć we własne siły. To, że chce się wyjść z nałogu to i tak już połowa sukcesu, ale wiara we własne możliwości sprawia, że nie chcemy się poddać, że brniemy naprzód. To, że ktoś we mnie uwierzył dało mi jeszcze więcej siły. Czułem, że nie jestem sam z tym problemem, że jak się potknę to będzie ktoś obok, kto poda mi rękę i pomoże wstać. Jak to ludzie mówią… „wiara przenosi góry”.

 

Jaką ma Pan radę dla osób, które obecnie walczą z nałogami.

Nie wstydźcie się szukać pomocy. Wiem, że to nie jest łatwe, ale „leczenie” samemu z uzależnienia jakim jest alkoholizm, czy choćby jakimkolwiek, nie da żadnych rezultatów. Nie pomoże wam rozwiązać tego problemu na zawsze, a tylko da iluzyjnie myśli, że pokonaliście ten nałóg. Będziecie mieli fałszywe poczucie wolności. Pomoc specjalistów, osób, które wiedzą jak sobie radzić, albo takich, które również walczyły z nałogiem i wygrały, jest niezbędna. No i na koniec…. Nie poddawajcie się, warto walczyć o trzeźwość.

Samotność w sieci

Samotność w sieci

Nowoczesność i dostępność najnowszych technologii wprowadziły znaczące zmiany w zakresie naszego funkcjonowania społecznego. Z jednej strony w każdej chwili możemy skontaktować się z osobami znajdującymi się na drugiej półkuli, a z drugiej coraz rzadziej spotykamy się ze sobą na obiad lub kawę, by porozmawiać twarzą w twarz. Czy internet pomaga nam radzić sobie z samotnością, czy może ją potęguje?

 

W czasach, gdy internet był nowością i dopiero stawał się popularny w naszym kraju, wielu z nas zachłysnęło się jego możliwościami. Poczuliśmy się połączeni z całym światem, bo sieć w znaczący sposób ułatwiła nam komunikowanie się nawet z osobami przebywającymi w dużej odległości od naszego miejsca zamieszkania. W dodatku, w przeciwieństwie do tradycyjnej poczty, pozwalała nam kontaktować się szybko i uzyskiwać natychmiastowe odpowiedzi.

Z czasem media społecznościowe i komunikatory rozwijały się coraz bardziej, a ich możliwości stawały się coraz większe. Mogliśmy już nie tylko przesyłać sobie wiadomości o każdej porze dnia i nocy, ale również dzielić się ze sobą krótkimi filmikami czy zdjęciami z różnych wydarzeń. Dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni do tego rodzaju komunikacji tak bardzo, że już nie wyobrażamy sobie bez nich życia. Wielu z nas rozpoczyna dzień od przejrzenia tablicy na Facebooku, z której możemy dowiedzieć się, kto z naszych znajomych wziął ślub w zeszłą sobotę, komu urodziło się dziecko, kto obronił pracę magisterską, a kto właśnie zmienił pracę. Mamy również wgląd w codzienne czynności osób, które znamy: normą stało się publikowanie zdjęć porannej kawy, wspomnień z weekendowej imprezy czy opinii na temat ostatnio obejrzanego filmu.

 

Czy da się kogoś poznać w sieci?

Samotność często skłania do poszukiwania nowych kontaktów za pośrednictwem sieci. Takie rozwiązanie wydaje się znacznie łatwiejsze niż wyjście z domu i próby poznania ludzi w niewirtualnej rzeczywistości. Dla osób nieśmiałych i niepewnych siebie internet bywa możliwością poczucia się kimś innym. Poznając ludzi za pomocą sieci, mniej boją się ośmieszenia, w mniejszym stopniu ograniczają ich lęk, wstyd i normy, mogą udawać lepszą wersję samych siebie i świadomie decydować o tym, jakie informacje ujawnić. Mają kontrolę nad tym, jak się zaprezentują, nie zdradzi ich mowa ciała. Często zdarza się, że ktoś, kto w prawdziwym życiu jest skryty, cichy i stonowany, na czatach i portalach randkowych staje się duszą towarzystwa, udając osobę przebojową, atrakcyjną i odnoszącą sukcesy. Nagle zaczyna mieć powodzenie u płci przeciwnej, uchodzi za kogoś zabawnego, pożądanego i mającego duże znaczenie. Z pewnością bardzo łatwo zachłysnąć się podobnymi możliwościami i uznać wirtualne relacje za znacznie bardziej pociągające, niż te w prawdziwym życiu.

Kontakty za pośrednictwem internetu mają jednak również drugą stronę medalu. Po drugiej stronie ekranu znajduje się przecież inna, żywa osoba. I ona także może w dowolny sposób kreować swój wizerunek, nie zawsze mówić prawdę lub zatajać istotne fakty na swój temat. A emocje, które odczuwamy do swojego rozmówcy, choć z naszej perspektywy są prawdziwe, mogą stanowić iluzję. Jak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy czujemy je do prawdziwej osoby, do kogoś innego, wymyślonego przez nią samą, czy może do własnej projekcji, wyobrażenia? Na ile relacje powstałe w internecie są prawdziwe, a na ile sztucznie wykreowane?

Czy „znajomi” z Facebooka to prawdziwi przyjaciele?

Najpopularniejszy serwis społecznościowy pozwala na dodanie 5000 znajomych. Choć niewielu z nas osiąga tak zawrotną liczbę, bardzo często za pośrednictwem Facebooka utrzymujemy kontakt nawet z kilkoma setkami osób. Oczywiście, większość z nich to ludzie, z którymi nie kontaktujemy się w żaden inny sposób. Wśród naszych kontaktów z portali społecznościowych znajdują się m.in. starzy znajomi z podstawówki, osoby, z którymi pracowaliśmy podczas wakacji kilka lat temu czy dawni sąsiedzi. Relacje te są powierzchowne i niewiele wnoszą do naszego życia. Gdy wstawimy zdjęcie z urlopu, a pod nim zobaczymy kilkadziesiąt „lajków”, z pewnością zrobi nam się miło. Łatwo jest wówczas ulegnąć złudzeniu, że jesteśmy lubiani, ważni dla wielu osób i mamy szeroką sieć wsparcia. Niestety, jest to tylko fasada, substytut prawdziwego życia i głębszych relacji. Warto uważać, by pogoń za internetową popularnością nie przysłoniła nam prawdziwych przyjaźni i potrzeby dbania o nie poza siecią.

 

Media społecznościowe są jak narkotyk

Internet jest tak powszechny w naszym życiu, że często nie dostrzegamy, jak łatwo możemy się od niego uzależnić. Korzystamy z niego codziennie i nawet nie zauważamy, kiedy przywiązujemy się do niego mentalnie. Młodzież odświeżająca Facebooka, Twittera lub skrzynkę mailową co kilka minut to obecnie bardzo częsty, niebudzący niczyjego zdziwienia widok. Teoretycznie można byłoby powiedzieć, że dzięki temu jesteśmy w stałym kontakcie ze światem. Z drugiej, wiemy już, że relacje podtrzymywane w taki sposób są powierzchowne i nie do końca prawdziwe. Osoba uzależniona od internetu większość czasu spędza, zgłębiając dostępne w nim treści. Przestaje interesować się tym, co dzieje się wokół niej, a możliwości, jakich dostarcza środowisko zewnętrzne, przestają być dla niej atrakcyjne. Przyzwyczaja się do natychmiastowych gratyfikacji, łatwych znajomości i przesytu bodźców. Z tego powodu zaniedbuje prawdziwe relacje, co może odbić się na całym jej życiu. W trudnych chwilach można przecież ustawić smutny status na Facebooku i liczyć na pełne współczucia komentarze, ale znacznie lepsze będzie rzeczywiste, namacalne wsparcie udzielone w prawdziwym życiu przez choćby jedną, szczerze zatroskaną osobę.

Według badań osoby kompulsywnie przeglądające portale społecznościowe są bardziej samotne i charakteryzuje je wyższe ryzyko depresji. Codzienne odwiedzanie wielu stron internetowych to tak naprawdę desperackie poszukiwanie emocjonalnego pobudzenia. Uczucia, jakich doświadczamy, spotykając się twarzą w twarz, są nam bardzo potrzebne do prawidłowego funkcjonowania. Tego rodzaju głębokie emocje i relacje nie mogą być osiągnięte poprzez czatowanie lub wymienianie się informacjami za pośrednictwem Facebooka. Ograniczając się do kontaktów wirtualnych, łatwo popaść w uczuciowe odrętwienie, mogące prowadzić do depresji (tzw. „choroby niewyrażonych uczuć”), apatii i dolegliwości fizycznych, takich jak problemy trawienne, bóle głowy, mięśni i kręgosłupa czy niedotlenienie serca. Powierzchowne, wirtualne kontakty sprawiają, że czujemy się „samotni w tłumie”, tracimy prawdziwy kontakt ze światem i doświadczamy coraz większej izolacji emocjonalnej.

 

Profile na Facebooku… kłamią

Badania wykazują, że osoby spędzające więcej czasu na Facebooku są bardziej skłonne uważać, że inni mają lepsze życie niż one. Dlaczego tak jest? Przyjrzyjmy się mechanizmom, które rządzą profilami na tego typu serwisach. Każdy z nas chce zaprezentować się od jak najlepszej strony i nie jest zainteresowany dzieleniem się prozą życia. Do publikacji wybieramy zdjęcia, na których jesteśmy uśmiechnięci i wyglądamy korzystnie. Kobiety zawsze pozują w ładnych ubraniach i pełnym makijażu, a mężczyźni prężą muskuły. Niektórzy korzystają również z upiększających filtrów lub przerabiają fotografie za pomocą programów graficznych. Przeglądając profile naszych znajomych, łatwo możemy odnieść wrażenie, że ich życie składa się wyłącznie z ważnych i ekscytujących wydarzeń: egzotycznych wakacji, szalonych imprez, sukcesów zawodowych i podniosłych sytuacji z życia prywatnego, takich jak zaręczyny, śluby lub narodziny dzieci. Nikt nie chwali się kłótnią z żoną, tym, że zepsuł mu się samochód, a dziecko dostało kolejną jedynkę w szkole. Znane nam „zwykłe” osoby w internecie prezentują się jak gwiazdy z pierwszych stron gazet: nigdy nie mają pryszczy, zmarszczek, odrostów czy fałdek na brzuchu. Nie spotykają ich gorsze dni, zmęczenie czy chandra. Patrząc na ten wyidealizowany wizerunek, nietrudno poczuć się gorzej z samym sobą. Nagle przestają nas cieszyć wakacje nad polskim morzem, stabilna, choć mało ekscytująca praca i łysiejący partner z coraz bardziej rosnącym brzuszkiem.

Oczywiście, to wszystko jest jedną, wielką ułudą. My sami, wzorując się na znajomych, również dowolnie kształtujemy swój wizerunek w sieci. Publikujemy tylko korzystne zdjęcia, chwalimy się wyłącznie pozytywnymi zdarzeniami ze swojego życia i naginamy rzeczywistość, by zaprezentować ją w jak najlepszym świetle. W ten sposób stajemy się częścią błędnego koła i prowokujemy do zazdrości (i zmiany publikowanych treści) kolejne osoby.

Nie zapominajmy również o złudzeniach dotyczących kontaktów z innymi. Media społecznościowe dają nam wrażenie, że gdzieś tam są osoby, którym na nas zależy. Sami siebie odbieramy wówczas jako towarzyskich i popularnych, nawet jeśli nie pamiętamy, kiedy ostatnio wybraliśmy się na jakieś spotkanie towarzyskie. Zapominamy, że kliknięcie „lubię to!” lub napisanie pochlebnego komentarza nic nie kosztuje, w przeciwieństwie do rzeczywistego wsparcia i pomocy, gdy zajdzie taka potrzeba.

 

Czy zjawisko „samotności w sieci” to ważny argument przemawiający za tym, że powinniśmy ograniczyć korzystanie z internetu? Czy rozpowszechnienie nowoczesnych telefonów ze stałym dostępem do sieci, funkcjonalnych laptopów oraz portali społecznościowych to problem, nieuchronnie prowadzący do zaniku prawdziwych relacji międzyludzkich? Tego rodzaju domniemania wydają się być mocno przesadzone. Nie uciekniemy od wirtualnej rzeczywistości – jest ona nieodłączną częścią życia w nowoczesnym świecie. Niejednokrotnie bywa bardzo pomocna: wielu osobom umożliwia wykonywanie swojej pracy z dowolnego miejsca na świecie, usprawnia wymianę informacji, a także umożliwia odnowienie kontaktów z kimś, kogo dawno nie widzieliśmy. Ważne jest jednak to, byśmy wykorzystywali internet do wzbogacania naszych prawdziwych przyjaźni, zamiast je nim zastępować. Miejmy nadzieję, że kolejne pokolenia coraz lepiej będą adaptowały się do wyzwań nowoczesnego świata, przez co nie będą musiały obawiać się samotności w sieci.

Dlaczego nic mi nie wychodzi?

Dlaczego nic mi nie wychodzi?

Są takie okresy w życiu, gdy wydaje nam się, że cały świat jest przeciwko nam. Problemy w związku, a nawet rozstanie, utrata pracy, konflikty z najbliższymi… Nietrudno w takich momentach dojść do wniosku, że jesteśmy nieudacznikami i pomyśleć , że nie warto nawet próbować poprawić swojej sytuacji. Ale czy takie przekonanie jest słuszne?

Chyba każdy z nas zna kogoś, kto nieustannie osiąga sukcesy. Dobrze wygląda, jest lubiany, ma satysfakcjonującą pracę i udane związki międzyludzkie. Są również osoby, które zdają się ciągle mieć „pod górkę”. Doświadczają problemów i trudności podczas poszukiwania pracy, nie układa im się w bliskich relacjach i mają wrażenie, że cały świat zwrócił się przeciwko nim.

Na pierwszy rzut oka zdaje się, że takie osoby starają się poprawić swoją sytuację. Szukają możliwości i próbują rozwiązać swoje kłopoty, ale jednocześnie nieustannie liczą na pomoc i wsparcie innych oraz bez przerwy narzekają. Obwiniają innych o swoje porażki, utyskują na swój kraj, polityków i innych, którzy na pewno „mają znajomości” lub osiągnęli swój sukces w nieuczciwy sposób.

najlepsze ośrodki leczenia uzależnień

Bardzo trudno jest przerwać błędne koło niepowodzeń. Za każdym razem, gdy zawodzimy, coś nam się nie udaje, tracimy odrobinę wiary w siebie. Stale obniżająca się samoocena powoduje, że do każdego kolejnego wyzwania podchodzimy z coraz większą rezerwą i lękiem. Nic więc dziwnego, że przydarzają nam się kolejne wpadki oraz błędy. W ten sposób nieuchronnie zbliżamy się do momentu, w którym przestaniemy mieć ochotę na podejmowanie jakiegokolwiek ryzyka. Przy okazji staniemy się nieufnymi ponurakami, którym nikt nie będzie chciał dać szansy np. podczas rozmowy o pracę. Czy taki stan rzeczy jest nieuchronny? Jak możemy bronić się przed podobną sytuacją?

Z pewnością każdy z nas spotkał się z określeniem „potęga ludzkiego umysłu”, sugerującym, że nasze myśli mają ogromny wpływ na otaczającą nas rzeczywistość. W tego typu teoriach jest wiele prawdy. To przecież nasze myśli i uczucia motywują nas do działania. To od nich zależy, czy będziemy mieli ochotę i siłę na podjęcie kolejnego wyzwania, czy nawet nie spróbujemy sięgnąć po to, czego pragniemy. Nasze przekonania i emocje są również częścią wizerunku, jaki prezentujemy innym ludziom. Sprawiają, że czujemy się wszechmocni i mamy wrażenie, że możemy przenosić góry lub przeciwnie – już na początku konkretnego przedsięwzięcia oceniamy swoje szanse nisko i podchodzimy do jego realizacji bez przekonania.

Kolejne sukcesy lub porażki funkcjonują na zasadzie popularnego efektu kuli śnieżnej. Za każdym razem, gdy coś nam się udaje, wzmacniamy swoją pewność siebie i optymizm. Dzięki pozytywnemu spojrzeniu na świat, jesteśmy bardziej otwarci i łatwiej dostrzegamy kolejne okazje i szanse w życiu. W dodatku roztaczamy aurę, która przyciąga do nas życzliwych ludzi. Mamy więcej przyjaciół, wartościowych kontaktów biznesowych oraz sprzymierzeńców w wielu różnych dziedzinach.

Podobnie dzieje się, gdy ponosimy klęski i coś nam się nie udaje. Z każdym kolejnym potknięciem maleje nasza pewność siebie, a my coraz mniej wierzymy w prawdopodobieństwo przyszłych sukcesów. Mechanizm ten dobrze opisuje Teoria Wyuczonej Bezradności. Głosi ona, że podstawową przyczyną wszystkich deficytów, zaobserwowanych u ludzi i zwierząt po kontakcie ze zdarzeniami niekontrolowalnymi, jest przekonanie, że również w przyszłości nie będzie żadnego związku pomiędzy reakcją a zamierzonym wynikiem. W takich sytuacjach rodzi się w nas myśl: „skoro na nic nie mam wpływu, po co robić cokolwiek, po co się starać?”. Wyuczona bezradność może skutkować skrajnym pesymizmem i biernością, a w niektórych przypadkach nawet depresją.

ranking ośrodków leczenia nałogów

Przykładem osoby, której dotyczy wyuczona bezradność, może być kobieta tkwiąca w toksycznym, pełnym przemocy związku. Badacze zauważyli, że osoby takie na początku podejmują wysiłki mające na celu poprawę swojej sytuacji, np. schodzą z drogi agresywnemu partnerowi, szybko uciszają marudne dzieci, by nie drażniły ojca itd. Po jakimś czasie zauważają jednak, że ich starania nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. W ten sposób rodzi się w nich poczucie bezradności, a motywacja do podejmowania kolejnych prób rozwiązania problemów maleje.

Innym źródłem takiego nastawienia do życia mogą być wydarzenia z dzieciństwa i specyficzny rodzaj wychowania. Większość z nas może nawet nie uświadamiać sobie, że nasze kompleksy mają swój początek w tak wczesnych doświadczeniach. Tymczasem problemem często są rodzice i wychowawcy, którzy porównują nas do innych i wygłaszają komunikaty w stylu: „i tak ci się nie uda”, „nawet nie próbuj”. Wynikają one z tego, że ich własne próby osiągnięcia sukcesu nie powiodły się i w ten sposób chcą oni oszczędzić podobnego rozczarowania potomstwu. Niestety, w ten sposób pozbawiają swoje dzieci potrzebnego wsparcia i uczą je bezradności.

Jak wyrwać się z tego błędnego koła? Na początek zastanów się, czego pragniesz i potrzebujesz. Postaw na uczciwość wobec siebie. Wypisz na kartce wszystkie swoje marzenia: nawet te śmiałe, które wydają ci się niemożliwe do spełnienia! Zastanów się, w jaki sposób myślisz o swojej przyszłości, planach i możliwościach. Zamiast myśleć: „Nie mam pieniędzy”, powiedz sobie: „Potrzebuję zdobyć ich więcej”. Znajdź w swoim życiu (a także w sobie samym) jak najwięcej pozytywów i używaj dobrych słów. Chwal zarówno siebie, jak i innych oraz doceniaj to, co masz, a z pewnością z czasem w twoim życiu pojawi się jeszcze więcej tego, co dobre.

Dlaczego jestem samotny?

Dlaczego jestem samotny?

Osoby samotne często zastanawiają się nad tym, dlaczego innym się układa, a oni nie mogą znaleźć szczęścia. W czym są gorsi, co inni robią lepiej. Przyczyn samotności może być naprawdę wiele.

Jeśli mamy za sobą jakiś związek, wiemy jakie popełniliśmy błędy i staramy się ich na siłę unikać, nie doprowadzać do analogicznych sytuacji, które z góry skazujemy na porażkę, uważając, że pewnie nasz związek znowu skończy się podobnie. Wytyczamy reguły postępowania, pewne wzorce, które mają nas uchronić przed niepowodzeniem i sprawić, że ten związek będzie miał swój szczęśliwy ciąg dalszy. Jest to często błędne myślenie, a zasady, które sami sobie ustalamy wcale nie muszą być lekarstwem na miłość.

Żaden związek nie jest taki sam. Nawet jeśli przyciągamy do siebie osoby o podobnych cechach osobowości, nie ma zasad, które sprawią, że podążając wg z góry założonej drogi związek skończy się w ten, czy inny sposób. Musimy jednak pamiętać, że my również posiadamy swoje nawyki. Przyciągając pewny typ ludzi możemy także narazić się na samotność.

lista najlepszych ośrodków leczenia uzależnień

Przyczyna samotności może również być głęboka zakorzeniona w naszej podświadomości. Cofając się do lat dzieciństwa można wiele dowiedzieć się o człowieku. Ten okres jest bowiem najlepszym etapem na kształtowanie swoich emocjonalnych potrzeb. Jeśli w dzieciństwie nie były one zaspokajane. Najbliżsi tworzyli pewien dystans w relacjach z nami, możemy mieć podobny problem w przyszłości. Nieumiejętne budowanie relacji, otaczanie się murem obronnym, który ma za zadanie nie dopuszczanie nikogo zbyt blisko w dużym stopniu utrudnia nam budowanie związku. W takiej sytuacji o samotności decyduje nasze przekonanie o tym, że budowanie więzi z innym ludźmi przyniesie nam cierpienie, rozczarowanie i ból. Osoby, które wybrały samotność zamiast bliskości, nie ufają innym i jeśli pozostają z kimś w relacjach, to tylko na bezpieczną odległość. Zazwyczaj otaczając się ludźmi z podobnymi przekonaniami do swoich.

Innym powodem samotności jest obawa przed intymnością. Takie osoby mają pewną wizję idealnego związku i często boją się zaangażować tylko po to, aby te ideały nie runęły. Budując bliskie relacje z innymi psują je ciągłymi pretensjami i krytyką. To doprowadza do rozpadu związku, a następstwem tego jest ponownie samotność.

O samotności decydować mogą też dwie sprzeczne ze sobą cechy. Jedną z nich jest niska samoocena i przekonanie o swojej niskiej wartości, oraz wybredność, która cechuje się jej zupełnym przeciwieństwem. Niska samoocena sprawia, że nie wierzymy, w to, że możemy zdobyć czyjeś serce. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzi rywalizacji z inną osobą o względy tego samego człowieka. Wówczas osoby z niską samooceną z góry skazują się na niepowodzenie, sądząc, że nie zaimponują niczym swojemu wybrankowi. Takie podejście do własnej osoby rodzi także inne kłopoty. Będąc w związku towarzyszy im ciągła niepewność, lęk przed odbiciem partnera. Wygląda to na brak zaufania do niego, ale to jedynie brak wiary we własne możliwości. Błędnie odebrane niszczy związek i prowadzi do samotności.

ranking najlepszych ośrodków terapeutycznych

Zupełnym przeciwieństwem jest wspomniana wybredność w doborze partnerów. Stawiamy sobie wzorce, wyznaczamy ideały lub posługujemy się ogólnie przyjętymi hasłami. Szukamy ideały, skreślamy osoby, które nie pasują do tego, co uważamy za najlepsze. Tracimy czas na poszukiwania idealnego kandydata, ignorując tych, którzy nie wpisują się w schemat, jaki sami stworzyliśmy. To przynosi odwrotne rezultaty. Uganianie się za kimś, kogo nigdy możemy nie spotkać, może doprowadzić do tego, że kolejne święta również spędzimy samotnie…

Przyczyną samotności może być również nasza konieczność czucia się bezpiecznym. Nie decydujemy się na żadne posunięcia, które mogłyby wymagać od nas jakiegokolwiek ryzyka. Nie angażujemy się w wyzwania, stawiając na rutynę.

Ludzie często są samotni z wyboru, choć tego nie wiedzą. Nie wszyscy są świadomi, że budują wokół siebie mury nie do przebicia, boją się dać z siebie 100%, aby nie zostać skrzywdzonym. Powodów samotności jest wiele, ale trzeba dać sobie szansę na szczęśliwe życie i otworzyć się na innych. Świat w pojedynkę jest dużo smutniejszy, udany związek zmienia życie na lepsze.