Seryjni mordercy – jaki wpływ na ich „karierę” ma dzieciństwo?

Seryjni mordercy – jaki wpływ na ich „karierę” ma dzieciństwo?

Seryjni mordercy i ich historie budzą wiele skrajnych emocji: z jednej strony czujemy do nich odrazę i lęk, a z drugiej wywołują naszą fascynację i ciekawość. Choć nigdy nie chcielibyśmy spotkać żadnego z nich na swojej drodze, z przyjemnością czytamy thrillery i opisy prawdziwych zbrodni, a także oglądamy filmy dokumentalne o brutalnych zabójstwach. Być może takie zachowanie stanowi próbę „oswojenia” tego strachu i znalezienie wytłumaczenia dla tych makabrycznych wydarzeń. Jednak czy aby na pewno jest to możliwe? Czy rzeczywiście wszystkie tego typu zachowania można wyjaśnić trudnym dzieciństwem i traumatycznymi doświadczeniami morderców? A może za ich skłonności odpowiadają zupełnie inne czynniki?

Zanim przejdziemy do poszukiwania podłoża makabrycznych zabójstw, wyjaśnijmy sobie, kim właściwie jest seryjny morderca. Wbrew pozorom, nie można określić tym mianem każdej osoby, która zabiła więcej niż jednego człowieka. Zgodnie z terminologią stosowaną m.in. przez FBI, seryjny morderca to ktoś, kto pozbawił życia co najmniej trzy ofiary i zrobił to w różnym czasie oraz lokalizacji. Przyjmuje się, że te zabójstwa nie mogą być ze sobą powiązane, np. poprzez wspólny motyw (co może mieć miejsce choćby wtedy, gdy morderca mści się za jakieś przeszłe wydarzenia, zabijając w różnym czasie kilka osób powiązanych z tą samą doznaną przez niego krzywdą). Zwykle bezpośrednią przyczyną ataku jest chęć przeżycia określonych emocji, często o podłożu seksualnym (co nie oznacza, że sprawcy muszą gwałcić swoje ofiary – samo okaleczanie czy mordowanie może dostarczać im przyjemności o charakterze erotycznym). Zdarza się również, że zabójca ma swego rodzaju poczucie misji i zabija, by „oczyścić” świat z osób, które jego zdaniem postępują w sposób niemoralny lub z innego powodu nie zasługują na to, by żyć (w takiej sytuacji wybiera na swoje ofiary osoby o wspólnych cechach, np. osoby czarnoskóre, homoseksualne, uprawiające seks z wieloma partnerami itp.). Warto podkreślić, że polskie prawo nie przewiduje pojęcia seryjnego mordercy – każde zabójstwo rozpatruje się indywidualnie, dodatkowo wyróżniając morderstwa popełnione ze szczególnym okrucieństwem oraz z motywacji zasługującej na szczególne potępienie.

Kim jest „przeciętny” seryjny morderca? Z badań przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych wynika, że zwykle jest to mężczyzna między 25. a 45. rokiem życia, należący do klasy średniej. Wielu z nich ma tradycyjne rodziny: żony i dzieci, które zupełnie nie podejrzewają przejawianych przez nich skłonności. Podobnie jest w przypadku pozostałych krewnych, znajomych i sąsiadów – po skazaniu winnego często słyszy się, że otoczenie nie dowierza w to, co się stało, argumentując, że morderca był „taki miły, uczynny i porządny”. Wynika to zarówno ze znakomitej umiejętności maskowania się przez seryjnych zabójców, jak i z ich dwoistej natury. Często zdarza się, że są to osoby opanowane i pozornie „normalne”, które miewają jedynie momenty szczególnego napięcia emocjonalnego i psychicznego, z którymi radzą sobie poprzez popełnianie zbrodni.

Wielokrotne dopuszczanie się morderstw wynika najczęściej z osobowości psychopatycznej. Psychopata jest osobą o bardzo skomplikowanej psychice, której główne cechy to mocna impulsywność, skłonność do nieuczciwości i arogancji oraz deficyty w zakresie emocjonalnym. Ludzie spełniający kryteria psychopatii rozumieją, że inni przeżywają emocje, jednak zupełnie ich one nie obchodzą. Te braki w empatii sprawiają, że pozbawienie kogoś życia nie wywołuje w nich poczucia winy czy wyrzutów sumienia. Interesują ich wyłącznie własne potrzeby i uczucia. Nie potrafią kontrolować swojego zachowania, nie czują się za nie odpowiedzialni, z łatwością manipulują otoczeniem, często cechuje ich powierzchowny urok osobisty. Tak było m.in. w przypadku Teda Bundy’ego, który zgwałcił i zabił co najmniej 20 kobiet (choć sam sprawca przyznał się do 30 zabójstw). Morderca był niezwykle przystojnym i charyzmatycznym mężczyzną, co pomagało mu w wabieniu ofiar oraz zdobywaniu ich zaufania. Dodatkowo podczas procesu, kiedy Amerykanie mieli okazję zobaczyć Bundy’ego w mediach, wiele kobiet uczyniło z niego obiekt westchnień, kompletnie ignorując jego straszne czyny, zaś koncentrując się na jego uroku osobistym.

Nie istnieje jedno wyjaśnienie występowania osobowości psychopatycznej oraz skłonności do popełniania wielokrotnych morderstw. Jedna z najbardziej rozpowszechnionych hipotez sugeruje, że tego typu czyny najczęściej popełniają osoby, które mają na swoim koncie trudne, traumatyczne dzieciństwo. Koncepcja ta nazywana jest behawiorystyczną i przyjmuje, że psychopatia jest zdeterminowana przez czynniki środowiskowe. Rzeczywiście, wielu seryjnych zabójców to osoby, które doświadczyły odrzucenia i przemocy. W ich biografiach bardzo często przewija się też motyw wykorzystania seksualnego. Upraszczając, można przedstawić różne style rodzicielstwa jako pewien wymiar, na jednym krańcu którego znajduje się obsesyjna kontrola, zaś na drugim – całkowita obojętność i brak uczuć. Większość normalnych rodzin nieprzejawiających żadnych dysfunkcji można byłoby umieścić gdzieś pośrodku tej skali. Natomiast jeśli przeanalizujemy życiorysy seryjnych morderców, dojdziemy do wniosku, że wielu z nich doświadczyło jednego z krańcowych stylów wychowania. Nie oznacza to, że zaburzone relacje z rodzicami automatycznie muszą prowadzić do późniejszych zbrodni, jednak znacząco zwiększają prawdopodobieństwo, że dziecko wyrośnie na psychopatę. Innym wzorcem, który powtarza się wśród zabójców, są określone zachowania w najmłodszych latach: piromania, znęcanie się nad zwierzętami oraz brak przyjaciół. Nie warto zaniedbywać tego typu nieprawidłowości, licząc, że dziecko z nich „wyrośnie” – często nie tylko nie zanikają, ale wręcz przeradzają się w poważne krzywdy wyrządzane innym ludziom.

Wspomniany wcześniej Ted Bundy został urodzony przez młodą, niezamężną dziewczynę, która porzuciła go w domu samotnych matek. Po dwóch miesiącach jego dziadkowie podjęli decyzję o zaadoptowaniu dziecka – przez wiele lat przyszły morderca żył w przekonaniu, że jego matka jest jego siostrą. W dodatku jego dziadek, Sam Cowell był osobą gwałtowną, stosującą przemoc i nadmiernie przejmującą się opinią publiczną.

Peter Kürten, niemiecki seryjny morderca skazany za dziewięć zabójstw wychowywał się w biednej rodzinie, w której dochodziło do przemocy i nadużyć seksualnych. Chłopiec niejednokrotnie był świadkiem zarówno współżycia między rodzicami, jak i stosunków ojca z jego siostrami. Wiele razy był również brutalnie bity i głodzony przez ojca alkoholika. Badacze nie mają wątpliwości, że tak traumatyczne dzieciństwo musiało odbić się na jego psychice i spowodować głębokie zaburzenia emocjonalne. Jak twierdzi sam Kürten, zabijania nauczył się od sąsiada, który był hyclem i wzbudzał podziw dziecka, maltretując i uśmiercając psy na jego oczach.

Więzień, który trafił do celi wraz z Mariuszem Trynkiewiczem jako jego „strażnik” (ponieważ współwięźniowie szybko dowiedzieli się, że Trynkiewicz przebywa w więzieniu z powodu molestowania i zabicia kilku chłopców, w związku z czym mogło mu grozić niebezpieczeństwo), wspomina, że zbrodniarz nie okazywał żadnej skruchy. Dzieci, które atakował, były dla niego atrakcyjnym celem, ponieważ wydawały mu się bezbronne i nie groziło mu z ich strony żadne niebezpieczeństwo. Sam Trynkiewicz żył w ciągłym strachu. Kobiety budziły w nim odrazę z powodu negatywnych wspomnień związanych z matką, która stosowała wobec niego przemoc fizyczną i próbowała kontrolować każdy aspekt jego życia.

Podobny charakter miały zbrodnie popełnione przez Jürgena Bartscha, który w latach 60-tych pobił, wykorzystał seksualnie i zamordował czterech chłopców w wieku od ośmiu do trzynastu lat. Jego czyny miały charakter jednoznacznie seksualny – jak sam mówił, największego pobudzenia doświadczał, masakrując martwe już ciała. Z wymienionymi wyżej mordercami łączy go również trudne dzieciństwo. Bartsch został porzucony przez biologiczną matkę tuż po porodzie, przez co jego pierwszy rok życia upłynął w szpitalnym żłobku, gdzie trudno było o czułość i rodzicielską troskę. Po tym czasie został zaadoptowany, jednak również w nowym domu nie zaznał szczęścia i miłości. Matka adopcyjna znęcała się nad nim, a otoczenie relacjonowało później, że na ciele dziecka często pojawiały się siniaki. Opiekunowie dodatkowo izolowali chłopca od rówieśników, w obawie, że dowie się od nich, iż jest adoptowany. Po latach morderca relacjonował: „Dostawałem w twarz. Tylko dlatego, że stałem jej na drodze, często był to jedyny powód. Kilka minut później byłem już „kochanym chłopcem”, którego się obejmuje i całuje. Matka była wtedy zaskoczona, że się jej boję i nie odwzajemniam bliskości”.

Czytając tak przykre i trudne w odbiorze opisy nieszczęśliwego, przepełnionego strachem i bólem dzieciństwa, chwilami trudno się dziwić, ze wychowywane w ten sposób dzieci nie wyrosły na zdrowych i zrównoważonych dorosłych. Należy pamiętać, że to właśnie pierwsze lata życia są kluczowe dla rozwoju emocjonalnego dziecka. Miłości, empatii, bliskości oraz różnych innych uczuć uczymy się przede wszystkim od rodziców i opiekunów, a braki w tym zakresie bardzo trudno nadrobić. Seryjni mordercy najczęściej wybierają sobie ofiary słabe, nad którymi mogą łatwo sprawować kontrolę. Czasami można zauważyć, że interesuje ich określony „typ” osób, np. kobiety przypominające ich matkę. Czyny sadystyczne niejednokrotnie mają być zemstą za krzywdy doznane w dzieciństwie. Często wiąże się to z satysfakcją seksualną, której sprawca nie jest w stanie osiągnąć w inny sposób.

Czy to oznacza, że każdy seryjny morderca ma na swoim koncie traumatyczne, pozbawione miłości i ciepła dzieciństwo? Okazuje się, że nie. Istnieje wielu sprawców tego typu zbrodni, którzy nie mają w swojej historii takich wspomnień. Jednym z najbardziej znanych, polskich seryjnych zabójców był Bogdan Arnold, który zamordował i zmasakrował cztery prostytutki. O tym, że w jego mieszkaniu dzieje się coś niepokojącego, sąsiedzi zorientowali się dopiero wtedy, gdy zaczął się z niego wydobywać bardzo nieprzyjemny zapach, a w budynku zalęgły się muchy i inne robactwo… Choć biegli psychiatrzy zdiagnozowali u niego psychopatię, trudno doszukiwać się jej przyczyn w trudnym dzieciństwie. Arnold wychował się w szanowanej, zamożnej rodzinie współwłaścicieli wytwórni fortepianów. Jego rodzice wspominali jednak, że od najmłodszych lat przejawiał skłonności do sadyzmu oraz zubożenie emocjonalne.

Innym przykładem obalającym mit o agresywnych rodzicach morderców jest Karol Kot, który krótko po maturze zamordował kilka osób. Przyszły zabójca wychował się w inteligenckiej rodzinie. Jego matka prawdopodobnie dostrzegała sadystyczne skłonności ukochanego syna, jednak ignorowała je, nie przyjmując do wiadomości, że z jej dzieckiem mogłoby być coś nie tak. Po latach okazało się, że chłopiec znęcał się nad swoją siostrą, molestował szkolne koleżanki, lubił podpalać strychy i piwnice, a także często przychodził do ubojni, gdzie przyglądał się pracy rzeźników. Ci ostatni dawali mu krew zwierząt, którą chłopiec… wypijał. Morderca nie zdradzał żadnych wyrzutów sumienia, a upodobanie do zabijania ludzi nazywał „swoją prywatną sprawą”. Dopiero sekcja zwłok wykazała rozległego guza w jego mózgu. Z pewnością był on bezpośrednią przyczyną nieprawidłowych zachowań zbrodniarza.

Choć nie każdy człowiek z traumatyczną przeszłością wkracza na ścieżkę zbrodni, często okazuje się, że seryjni mordercy mają za sobą trudne dzieciństwo, podczas którego doznali licznych upokorzeń. Psychologowie nie są zgodni co do tego, jaka jest przyczyna osobowości psychopatycznej i najczęściej przyjmują, że może ona mieć dwa źródła: biologiczne i środowiskowe. Warto zauważyć, że sadystyczne skłonności zwykle ujawniają się już w najmłodszych latach. Pozwala to przypuszczać, że gdyby choć część opisanych sprawców trafiła w młodym wieku do dobrych terapeutów lub psychiatrów, być może byliby oni w stanie zdiagnozować ich zaburzenia i przynajmniej zmniejszyć prawdopodobieństwo późniejszych tragedii.

Czy piją tylko Polacy i Rosjanie? Dlaczego krąży taki stereotyp?

Czy piją tylko Polacy i Rosjanie? Dlaczego krąży taki stereotyp?

W naszym pojęciu o przedstawicielach innych narodów dominują stereotypy. Takie schematy dotyczące różnych elementów rzeczywistości pomagają nam je uprościć i usystematyzować, co daje iluzję lepszego zrozumienia otaczającego nas świata. Niestety, wiele tego typu obiegowych opinii można uznać za krzywdzące. Wśród stereotypów narodowych możemy znaleźć na przykład przekonanie, zgodnie z którym wszyscy Polacy i Rosjanie nadużywają alkoholu. Czy rzeczywiście przodujemy w tej dziedzinie?

Czym są stereotypy? Czy należy uznać je za niemający potwierdzenia w rzeczywistości wymysł i włożyć między bajki, czy może tkwi w nich ziarnko prawdy? Stereotypy to schematy poznawcze cechujące się nadmiernym uogólnieniem i generalizacją, przyjmowane przez pewną grupę ludzi (indywidualne przekonania nie należą do tej kategorii). Lubimy wrzucać zjawiska i osoby mające jakieś cechy wspólne do „jednego worka”. To sprawia, ze świat wydaje nam się bardziej zrozumiały, a przez to mniej chaotyczny i nieprzewidywalny. Zwykle stereotypy są oparte na niewystarczającej wiedzy, jednak bardzo trudno je zmienić, ponieważ stanowią element tradycji i dziedzictwa kulturowego. Stereotypy pozwalają nam zredukować lęk, przy okazji podnosząc naszą samoocenę. Wszystko to, co znajduje się poza granicami naszego własnego kraju (i jednocześnie „strefy komfortu”), wydaje nam się obce, inne i często także przerażające. Wyśmiewanie innych grup oraz nadawanie im wspólnych, przewidywalnych cech pozwala na zredukowanie niepewności i iluzoryczne odzyskanie kontroli. Spotykając się z przedstawicielami obcych narodów, mamy wrażenie, że „wiemy, czego się spodziewać” i czujemy się mniej zagubieni. Wewnętrzna motywacja do utrzymania status quo jest bardzo silna, w związku z czym mając styczność z faktami niepasującymi do stereotypu, traktujemy je w kategoriach „wyjątku potwierdzającego regułę”. Obserwując rzeczywistość, skupiamy się na rzeczach pasujących do wyznawanych przez nas opinii, zaś ignorujemy te, które nie pasują do naszych schematów myślowych.

Istnieje wiele stereotypów dotyczących różnych narodowości. Zgodnie z obiegowymi przekonaniami, wszyscy Amerykanie są otyli, Włosi niewierni, a Polacy i Rosjanie piją bardzo dużo alkoholu. Indywidualne spotkania z przedstawicielami różnych narodów pokazują jednak, że świat jest znacznie bardziej złożony, a grupy podzielone według jednego kryterium nie są tak jednorodne, jak można byłoby wywnioskować z powszechnie podzielanych opinii.

Czy Polacy i Rosjanie rzeczywiście piją największe ilości alkoholu ze wszystkich narodów świata? Zgodnie z raportem Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) przeciętny mieszkaniec Polski w wieku powyżej 15 lat wypija rocznie 12,3 l czystego alkoholu, co daje nam dopiero 14. miejsce w rankingu. Na 4. miejscu znalazła się zaś Rosja – jej statystyczny obywatel spożywa 13,7 l spirytusu w ciągu roku. Jak widać – są to bardzo duże ilości, jednak żaden z tych dwóch krajów nie jest absolutnym liderem w tej dziedzinie. Rosja została wyprzedzona przez Litwę, Białoruś i Mołdawię, zaś Polska dodatkowo m.in. przez Ukrainę, Czechy, Andorę, Rumunię, Serbię, Australię, Belgię czy Wielką Brytanię.

Skąd wziął się więc stereotyp na temat Polaków i Rosjan, którzy lubią zaglądać do kieliszka? Oczywiście, możemy przyjąć, że podobnie jak wiele innych stereotypów i uprzedzeń, ten również nie ma żadnego poparcia w rzeczywistości. Nietrudno się jednak domyślić, że takie przekonanie może mieć źródło w naszej kulturze i miejscu, jakie zajmuje w niej wódka (oraz, od pewnego czasu, piwo). Zarówno Polacy, jak i Rosjanie lubią chwalić się tym, ile piją, a także ile są w stanie wypić. Wódka jest również nieodłącznym elementem wielu istotnych wydarzeń: wesel, jubileuszy, urodzin, spotkań biznesowych, a nawet chrzcin. Butelka „czegoś mocniejszego” to nasz ulubiony sposób świętowania rozmaitych pozytywnych wydarzeń, a także pocieszania się po tych negatywnych. W dodatku z picia uczyniliśmy część swojej tożsamości narodowych, chętnie chwaląc się swoimi „możliwościami” w tym zakresie oraz jakością krajowych trunków.

Część tego zjawiska ma swoje korzenie w historii Polski i Rosji. W krajach komunistycznych nie było dostępu do wielu towarów, jednak zawsze można było kupić alkohol. Władzom zależało na jego sprzedaży, ponieważ przychody z tego źródła stanowiły podstawę budżetu państwa. Z pewnością pewną rolę odegrały tutaj również powszechne nastroje – ludzie nie mieli zbyt wielu rozrywek, za to nękały ich zmartwienia, które wydawały się lżejsze, kiedy można było „utopić” je w butelce wódki.

Warto jednak podkreślić, że podejście ludzi, zwłaszcza młodych, ulega nieustającym przemianom. Od pewnego czasu cały świat zwrócił się w stronę zdrowszego, bardziej świadomego stylu życia. Widząc skutki nieprawidłowej diety oraz nadmiernego spożywania alkoholu u starszego pokolenia, zaczęliśmy zastępować stare nawyki nowymi, lepszymi. Mamy również znacznie większą wiedzę na temat długofalowych skutków częstego picia oraz zagrożeń z nim związanych Dzisiaj często zaprzeczamy stereotypowi „wiecznie pijanego Polaka”, jednak na całym świecie to przekonanie wciąż cieszy się dużą popularnością. Niestety, zmiana sposobu myślenia to proces rozciągnięty w czasie – trudno oczekiwać, że osoby, które nawet nas nie znają, z dnia na dzień zrewidują swoje poglądy na nasz temat. Pamiętajmy o tym również wtedy, gdy będziemy odczuwali pokusę ulegnięcia stereotypom na temat innych grup społecznych. Takie powszechne przekonania rzadko mają cokolwiek wspólnego z prawdą. Warto wiec poznać drugiego człowieka, zanim wydamy osąd na jego temat.

Kiedy niewinna gra w karty zamienia się w uzależnienie od hazardu?

Kiedy niewinna gra w karty zamienia się w uzależnienie od hazardu?

Na pierwszy rzut oka trudno znaleźć podobieństwo między alkoholem a grą w karty (poza tym, że często występują razem). Jednak w rzeczywistości obie te rzeczy mają ze sobą wiele wspólnego: w rozsądnych dawkach stanowią niewinną rozrywkę, zaś nadużywane mogą prowadzić do groźnego, destrukcyjnego uzależnienia. Kiedy coś, co miało stanowić nasz sposób na rozluźnienie i dobrą zabawę, staje się pułapką? W jaki sposób poradzić sobie z uzależnieniem od hazardu?

Gry hazardowe są dla nas atrakcyjne z wielu powodów. Po pierwsze: wiele z nich stanowi świetny sposób na przełamanie lodów oraz zabawę w gronie znajomych. Po drugie: wiążą się z adrenaliną i przyjemnym dreszczykiem emocji. Po trzecie wreszcie: często oferują prosty sposób na szybkie i przyjemne zdobycie dodatkowych pieniędzy. Zamiłowanie do hazardu jest cechą, która towarzyszy ludzkości już od wielu lat. Istnieją dowody na to, że już w III tysiącleciu p.n.e. oddawano się w grze w kości! Dzisiaj mamy do wyboru wiele różnych form hazardu, a co za tym idzie – mnóstwo zagrożeń, mogących skończyć się nałogiem.

Oczywiście, nie każdy gracz w przyszłości stanie się osobą uzależnioną, podobnie jak nie każda osoba, której zdarza się pić alkohol, wpadnie w alkoholizm. Zarówno gra w karty, jak i alkohol, same w sobie nie są niczym złym. Prawdziwe zagrożenie tkwi w nas samych – to my odpowiadamy za to, w jaki sposób kierujemy swoim życiem. Należy zaznaczyć, że skłonność do uzależnień może być dziedziczona, a tym samym osoby, które mają w swojej rodzinie historię nałogów, szczególnie powinny mieć się na baczności.

Początki każdego nałogu wyglądają bardzo podobnie. Na wczesnym etapie substancja psychoaktywna lub uzależniające zachowanie są tylko dodatkiem do życia, niegroźną rozrywką i sposobem na zrelaksowanie się po ciężkim dniu. Problem pojawia się wtedy, gdy nie jesteśmy w stanie rozluźnić się i dobrze bawić bez alkoholu lub gier hazardowych. Wiele osób nigdy nie przekracza tego etapu – każdy z nas zna mnóstwo ludzi spożywających napoje wyskokowe, grających w gry hazardowe, korzystających z internetu czy robiących zakupy, jednak większość z nich nigdy nie doświadczy problemów związanych z nałogiem. Z drugiej strony, nie należy bagatelizować zagrożeń wiążących się z hazardem – korzystając z nich, zawsze należy zachowywać umiar i być wyczulonym na sygnały ostrzegawcze, sugerujące, że tracimy kontrolę nad swoim hobby.

Przełomowy moment następuje właśnie wtedy, gdy gracz przestaje się kontrolować, a gra w karty staje się ważniejsza od innych dziedzin życia. Ulubiona rozrywka pochłania większość pieniędzy, prowadzi do zaniedbywania rodziny, przyjaciół, obowiązków zawodowych oraz innych zainteresowań, a także rozluźnia standardy moralne. Osoba uzależniona często ucieka się do oszustw, kłamstw i narażania bliskich. Jej życiem wewnętrznym rządzi nałóg. Wszystkie inne wartości schodzą na dalszy plan – priorytetem jest hazard.

Aby dowiedzieć się, czy nasze oddanie grom karcianym mieści się jeszcze w normie, czy może już spełnia kryteria nałogu, należy odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Czy podczas gry odczuwamy bardzo silne emocje, nieporównywalne z niczym innym? Czy hazard stał się naszą ulubioną formą spędzania wolnego czasu? Czy bylibyśmy w stanie zrezygnować z gry, by zająć się czymś innym? Czy ciągle myślimy o kolejnych szansach na wygranie pieniędzy w karty? Czy wydajemy na grę więcej pieniędzy, niż planowaliśmy lub niż w rzeczywistości jesteśmy w stanie przeznaczyć? Czy zdarza nam się zapożyczyć tylko po to, by kontynuować grę? Czy z powodu swojego zamiłowania do hazardu zdarzało nam się oszukać bliskich?

Jeśli nasza odpowiedź na choć część z tych pytań jest twierdząca, trudno uznać naszą grę za niewinną i nieszkodliwą. Gra w karty (nawet na pieniądze) mieści się w normie, o ile oddajemy się od czasu do czasu i w żaden sposób nie koliduje ona z naszymi obowiązkami, planami i relacjami. W przeciwnym wypadku należy ją uznać za co najmniej ryzykowną i jak najszybciej ograniczyć, a najlepiej w ogóle z niej zrezygnować.

Istnieje kilka czynników, które sprawiają, że jedne osoby są bardziej narażone na uzależnienie od hazardu niż inne. Przede wszystkim są to cechy osobowości, takie jak niedojrzałość emocjonalna, samotność, niskie poczucie własnej wartości, pociąg do ryzyka oraz duża potrzeba osiągnięcia sukcesu. Z kolei wśród czynników o charakterze społeczno-kulturowym możemy wyróżnić powszechną akceptację dla spędzania czasu przy grach hazardowych, wczesne zainteresowanie się tą formą rozrywki (przy jednoczesnej zgodzie ze strony rodziców, opiekunów i nauczycieli), a także negatywne wzorce ze strony grupy rówieśniczej (oraz chęć przypodobania się jej poprzez ich powielanie). W wymienionych wyżej przypadkach mit wielkiej, niespodziewanej wygranej zastępuje takie dążenia jak chęć zrobienia kariery zawodowej lub imponowania otoczeniu poprzez rzeczywiste przymioty, np. wykształcenie, wysokie kompetencje czy inteligencja. A stąd już tylko krok od zatracenia się w hazardzie tak bardzo, że przestaje on być wyborem, a staje się koniecznością.

Różnica między ośrodkami prywatnymi a tymi na NFZ – jaki wybrać?

Różnica między ośrodkami prywatnymi a tymi na NFZ – jaki wybrać?

Ośrodek terapii na NFZ czy może prywatne leczenie? To pytanie zadaje sobie wiele osób uzależnionych oraz ich bliskich, którzy pragną zapewnić chorym jak najlepszą opiekę. Niezależnie od tego, na co pacjent się zdecyduje, jedno jest pewne: najważniejsze jest to, że w ogóle podjął decyzję o poszukiwaniu pomocy. Już sam ten fakt stanowi wielki sukces i pierwszy, milowy krok w kierunku zmiany na lepsze.

Każda poważniejsza choroba rodzi zrozumiałe wątpliwości i pytania: czy podczas jej leczenia skorzystać ze świadczeń NFZ, czy może zdecydować się na prywatną terapię? Zdania z pewnością są podzielone. Jedni słusznie uznają, że skoro co miesiąc opłacają składki na ubezpieczenie zdrowotne w Narodowym Funduszu Zdrowia, to należy wykorzystać możliwości, które im z tego tytułu przysługują. Inni nie dowierzają w skuteczność „darmowego” leczenia, utożsamiając wyższe koszty z podwyższonym standardem usług. Trudno powiedzieć, kto ma rację, ponieważ każdy ośrodek jest inny. Doświadczenia byłych pacjentów wskazują na to, że pobyt w każdej placówce może okazać się zarówno zbawienny dla zdrowia, jak i zupełnie nieskuteczny. Choć dobre przygotowanie lokalu oraz odpowiednio przeszkolony, zaangażowany personel są na wagę złota, najważniejsza jest osobista motywacja do zmiany swojego życia. Nie bez powodu mówi się, że podczas leczenia odwykowego terapeuta pełni jedynie funkcję wspomagającą i towarzyszącą. Jest jak trener personalny, który może wskazać nam odpowiednie ćwiczenia, jednak nie wykona ich za nas. Nie da się zmusić kogoś do odstawienia substancji psychoaktywnej – można go jedynie w tym wesprzeć i wskazać sposoby, dzięki którym stanie się to łatwiejsze.

Wśród placówek leczenia uzależnień możemy wyróżnić dwa główne rodzaje, wyszczególnione ze względu na formę terapii: są to miejsca leczące stacjonarnie, czyli całodobowo oraz ambulatoryjnie (w tym również dziennie). Korzystanie z terapii stacjonarnej oznacza, że pacjent jest przyjęty na oddział na stałe. Dzięki temu zostają zupełnie „wyrwani” z dotychczasowego środowiska, w którym do tej pory pili alkohol lub przyjmowali narkotyki. Zwykle pobyt ten trwa od 6 do 12 tygodni, a różnice te wynikają z programu stosowanego przez placówkę lub indywidualnego dobrania strategii do stanu konkretnego chorego. Terapia stacjonarna uznawana jest za najbardziej skuteczną, ponieważ pozwala zupełnie zmienić swoje i odciąć od jego poprzedniego etapu. Pacjent ma stały kontakt zarówno z personelem medycznym, jak i innymi nałogowcami, a także dysponuje większą ilością czasu poświęcanego na naukę nowych strategii i przepracowywanie doskwierających mu problemów. Z kolei terapia ambulatoryjna, czyli dochodząca polega na codziennych wizytach w ośrodku, w którym chorzy uczestniczą w kilkugodzinnych zajęciach. Podobnie jak w przypadku leczenia stacjonarnego, tutaj również realizowana jest zarówno terapia indywidualna, jak i grupowa. Program takiej terapii zwykle obejmuje 8 tygodni, co wydaje się zbyt krótkim czasem, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że proces trzeźwienia podczas leczenia dziennego może okazać się wydłużony. Istnieje również możliwość połączenia tych dwóch rodzajów leczenia, które polega na tym, że na pierwszym etapie wychodzenia z nałogu pacjenci przebywają w całodobowym ośrodku, a po jego zakończeniu odbywają terapię dochodzącą, podczas której pracują nad głębszymi problemami i zapobiegają nawrotom.

Aby skorzystać ze świadczeń w ramach ubezpieczenia NFZ, należy otrzymać skierowanie od lekarza psychiatry. Jest ono ważne jedynie przez 14 dni, w czasie których należy zgłosić się do wybranej placówki i ustalić termin przyjęcia na oddział. Niestety, raczej nie ma sensu liczyć na przyjęcie „od ręki” – kolejki do takich placówek potrafią być dość długie. Należy również pamiętać, że warunkiem rozpoczęcia leczenia w ośrodku jest zachowanie abstynencji w momencie przyjęcia – ta kwestia jest weryfikowana za pomocą testów alkoholowych i narkotykowych. Dobrym pomysłem może być zgłoszenie się wcześniej na tzw. detoks, którego celem jest wzmocnienie i odtrucie organizmu.

Zarówno leczenie w ramach NFZ, jak i prywatne, mają swoje wady. To pierwsze krytykowane jest za długi okres oczekiwania oraz mało zindywidualizowane podejście do pacjentów. Z drugiej jednak strony, terapia w prywatnym ośrodku może być bardzo droga, a funkcjonowanie takiej placówki nie podlega tak restrykcyjnym ograniczeniom prawnym. Oznacza to, że dużo łatwiej natknąć się na osoby nieposiadające odpowiednich kwalifikacji lub stosujące niepotwierdzone metody, niemające nic wspólnego z prawdziwym leczeniem. Najważniejsze jest więc zachowanie wzmożonej czujności i samodzielne zweryfikowanie jakości placówki. Można opierać się na opiniach byłych pacjentów, a także informacjach zamieszczonych na stronie internetowej oddziału. Powinny się na niej znaleźć nie tylko dane kontaktowe, ale również kwalifikacje personelu, stosowne pozwolenia i certyfikaty oraz stosowane metody terapeutyczne. Najwyższą skutecznością w leczeniu uzależnień odznacza się psychoterapia poznawczo-behawioralna, w razie potrzeby połączona z farmakoterapią. Najważniejsze jest to, by leczenie odbywało się w oparciu o narzędzia zaakceptowane przez Światową Organizację Zdrowia.

Tak naprawdę trudno o wyraźne rozróżnienie pomiędzy ośrodkami prywatnymi a tymi działającymi na NFZ, ponieważ często są to te same placówki. Wiele z nich oferuje zarówno jedną, jak i drugą możliwość: przyjmowanie w oparciu o ubezpieczenie zdrowotne dla tych, którym przysługuje do niej prawo oraz płatna terapia dla tych, którzy mają niezbędne środki finansowe i zależy im na czasie lub z różnych względów nie mogą skorzystać ze świadczeń w ramach NFZ. Nie warto więc oceniać ośrodków tylko ze względu na to, czy współpracują z Narodowym Funduszem Zdrowia – wybór powinien zależeć przede wszystkim od ich dotychczasowych wyników, oferowanych warunków oraz kwalifikacji.

Jak rozpoznać u dziecka uzależnienie od komputera lub telefonu i jak mu pomóc?

Jak rozpoznać u dziecka uzależnienie od komputera lub telefonu i jak mu pomóc?

Uzależnienie od komputera, telefonu czy internetu to stosunkowo nowe zjawiska, na temat których wciąż wiemy bardzo niewiele. Z tego powodu bardzo trudno nam rozpoznać je u bliskich osób, nie mówiąc już o prawidłowym udzieleniu pomocy i poradzeniu sobie z problemem. Nie da się jednak ukryć, że na te nowe nałogi najbardziej narażeni są ci, którzy mają dostęp do tego typu urządzeń od najmłodszych lat – czyli dzieci i młodzież. Jak rozpoznać uzależnienie od elektroniki u własnej pociechy? Co zrobić, by oparła się temu zagrożeniu?

Nasze społeczeństwo posiada coraz większą wiedzę na temat uzależnień. Coraz rzadziej bagatelizujemy problem nadużywania alkoholu, znamy zagrożenia wiążące się z zażywaniem narkotyków, wiemy, czym są dopalacze, patologiczny hazard czy zakupoholizm. Wciąż jednak nie mamy pojęcia, jak radzić sobie z uzależnieniem od nowoczesnych technologii. W dodatku trudno nam ocenić, jaki zakres korzystania z nich jest jeszcze normą, a jaki świadczy już o nałogu. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie mieliśmy przecież domowych komputerów, laptopów, smartfonów oraz stałego dostępu do sieci. Dzisiaj wszystkie te rzeczy są elementami naszej codzienności – towarzyszą nam podczas nauki, w pracy oraz służą do rozrywki. Za ich pomocą kontaktujemy się z otoczeniem i zdobywamy niezbędne informacje.

Bardzo często można usłyszeć komentarze, zgodnie z którymi „dzisiejsza młodzież masowo nadużywa telefonów”. To, co dla młodych ludzi jest normą, w oczach ich rodziców i dziadków stanowi patologię. Starsze pokolenie, które wychowywało się bez tych wszystkich udogodnień, nie zawsze jest w stanie pojąć, jak wiele funkcji mogą one pełnić. Telefon już od dawna nie służy tylko do dzwonienia i wysyłania SMS-ów. Za jego pomocą można np. surfować w internecie, grać w różnego rodzaju gry, poszukiwać informacji, oglądać filmy czy słuchać muzyki. Podobnie jest w laptopem – trudno się dziwić, że poświęcamy dużo czasu na jego używanie, skoro potrzebujemy go do realizowania obowiązków zawodowych, nauki oraz rozrywki. Jedno urządzenie zastępuje nam kilka – można powiedzieć, że łączy w sobie funkcje telefonu, aparatu fotograficznego, kamery, budzika, terminarza, komputera, telewizora, radia, maszyny do pisania, gazety oraz konsoli do gier.

Jak więc rozpoznać, że nasze dziecko nie korzysta z telefonu czy komputera w sposób mieszczący się w normie, a jest od niego uzależnione? Wbrew pozorom, istotą nałogów nie jest jedynie nadużywanie danej substancji lub czynności. Oczywiście, jest to jeden z niepokojących objawów i czynników ryzyka, jednak nie każda osoba, która spędza przed komputerem bardzo dużo czasu, zdradza symptomy zaburzenia. Powinniśmy być zaniepokojeni, jeśli nasza pociecha traci zainteresowanie innymi czynnościami, które do tej pory ją zajmowały, a obecnie stały się mniej atrakcyjne niż czas spędzany przed ekranem laptopa lub z telefonem w ręku. Osoba uzależniona stopniowa zaczyna zaniedbywać swoje obowiązki: opuszcza się w nauce, nie odrabia lekcji, wagaruje, otrzymuje coraz słabsze oceny w szkole. Nie jest w stanie kontrolować czasu poświęcanego na wirtualne rozrywki, a często również okłamuje bliskich w tej sprawie. Ogranicza czas spędzany z rówieśnikami – zamiast spotykać się z kolegami czy koleżankami, woli grać w gry komputerowe lub surfować w sieci. Jej relacje z rodzicami i rodzeństwem równie ulegają pogorszeniu. Każda próba odciągnięcia jej od ekranu prowadzi do złości, frustracji i gniewu. Podobnie jak alkoholicy, osoby uzależnione od komputera czy smartfona również zaprzeczają istnieniu swojego problemu, przekonując siebie i otoczenie, że kontrolują swoje zainteresowanie tymi urządzeniami. Są one jedyną rzeczą, jaka wywołuje w nałogowcu ekscytację, przyjemność i radość. Po pewnym czasie pojawiają się także problemy ze zdrowiem: wady postawy, bóle kręgosłupa, pieczenie i łzawienie oczu oraz zaburzenia snu.

Jak poradzić sobie z problemem uzależnienia od laptopa czy telefonu? Przede wszystkim warto przyjrzeć się własnemu zachowaniu: czy dajemy dziecku dobry przykład? Jeśli sami nieustannie patrzymy w ekran smartfona, komputera lub telewizora i nie interesują nas inne rozrywki, nasze dzieci przejmują te nawyki. Warto od małego uczyć je, że można spędzać czas również w inny sposób: spacerując, rozmawiając, uprawiając sport lub czytając książki.

Jeśli zaś już zauważyliśmy u swojej pociechy objawy wskazujące na uzależnienie, należy od razu zdrożyć odpowiednie działania. Jednocześnie pamiętajmy, że nałóg jest poważną chorobą i trudno wymagać od osoby uzależnionej, by z dnia na dzień „rzuciła” swoją ulubioną rozrywkę. Nic nie dadzą również złość, kary i restrykcyjne zakazy. Najważniejsza jest rozmowa, która uświadomi dziecku, z jak poważnym problemem się zmaga i dlaczego należy z nim walczyć. Możemy również podsunąć mu materiały, książki lub broszury, które przybliżą mu istotę tego zagadnienia. Warto wspólnie ustalić ilość czasu, jaki dziecko będzie mogło spędzać przy komputerze. A jeśli te działania nie pomogą, należy zgłosić się do profesjonalnego terapeuty, który pomoże nam uporać się z tym trudnym do wyleczenia zaburzeniem.

Ośrodek terapii – jak zarabiać na pomaganiu innym?

Ośrodek terapii – jak zarabiać na pomaganiu innym?

Jednym z największych sukcesów, jakie można osiągnąć w życiu, jest zarabianie na swojej pasji. Dla wielu osób praca zawodowa jest nie tyle przykrym obowiązkiem, co prawdziwym powołaniem. Ma to miejsce między innymi w przypadku terapeutów, których codzienne zadania polegają na udzielaniu pomocy innym i zmienianiu ich życia na lepsze. Na szczęście nie muszą robić tego hobbystycznie, po godzinach, a na prowadzeniu ośrodka terapii można naprawdę nieźle zarobić.

Nasze społeczeństwo ma dość osobliwe podejście do pomagania. Z jednej strony, uważamy, że jest ono godne podziwu i chętnie chwalimy tych, którzy poświęcają swój czas i energię na robienie dobrych, pożytecznych rzeczy dla innych. Z drugiej jednak, często negatywnie oceniamy tych, którzy w wyniku takich działań odnoszą korzyści finansowe. Pomaganie nieodłącznie kojarzy się ze skromnością, bezinteresownością i poświęceniem. Z tego powodu co roku przed Finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pojawiają się kontrowersje wokół jej pomysłodawcy i organizatora. Wielu komentatorów czuję potrzebę „zaglądania do portfela” Jurka Owsiaka i wytykania mu jego statusu finansowego, jakby posiadane przez niego pieniądze i dobra materialne mogły zniweczyć pozytywny wpływ, jaki wywiera WOŚP.

Z drugiej jednak strony, coraz lepiej rozumiemy, jak wiele wysiłku wymaga skuteczne pomaganie innym. To nie mało angażujące hobby, któremu możemy oddawać się po godzinach pracy – to misja, która często wykracza poza tradycyjnie rozumiany etat. Można powiedzieć, że najbardziej zaangażowani terapeuci „przez cały czas są w pracy” – poświęcają chorym tyle czasu, ile potrzebują, a w domu nieustannie rozmyślają o tym, jak poradzić sobie z kolejnym przypadkiem medycznym lub lepiej zrozumieć każdego pacjenta. W dodatku aby zostać terapeutą, należy ukończyć liczne kursy i bez przerwy się doszkalać. Nic dziwnego, że decydują się na to przede wszystkim ci, którzy planują uczynić z tej dziedziny swój sposób na życie i zarabianie pieniędzy. Nie bez znaczenia jest także fakt, że terapeuci i przedstawiciele innych zawodów nastawionych na pomaganie innym oraz wymagających ogromnego zaangażowania, są grupą najbardziej narażoną na wypalenie zawodowe. Praca terapeuty wiąże się z dużym obciążeniem emocjonalnym oraz niemałym wysiłkiem, w związku z czym są bardzo obciążające. Terapeuta co jakiś czas musi mieć możliwość udania się na urlop oraz stworzenia sobie bezpiecznej, prywatnej przestrzeni – w przeciwnym wypadku w krótkim czasie sam może zacząć doświadczać problemów psychologicznych.

Nie da się ukryć, że ośrodki terapii uzależnień są rodzajem placówek, na które panuje nieustanny popyt. Wiele typów biznesów jest podatnych na zmieniające się, chwilowe trendy. Popularne dzisiaj escape roomy czy pokoje VR muszą liczyć się z tym, że za jakiś czas zainteresowanie tego typu rozrywką może spaść. Podobny los spotkał już np. zakłady krawieckie czy wypożyczalnie filmów na VHS. Medycyna i psychologia są jednak dziedzinami, które zawsze będą potrzebne, a ich znaczenie wyłącznie wzrasta (choćby ze względu na to, że przeciętna długość życia człowieka nieustannie rośnie). Według danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych oraz Krajowego Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii w Polsce żyje ok. 2 milionów osób uzależnionych od substancji psychoaktywnych, a liczba ta staje się większa z każdym rokiem. Nie dysponujemy zaś danymi na temat skali innego rodzaju nałogów, takich jak uzależnienie od internetu, zakupoholizm, patologiczny hazard czy uzależnienie od leków lub dopalaczy – można jednak przypuszczać, że te liczby również nią są małe. Oznacza to, że osoby zainteresowane otworzeniem ośrodka terapii mogą mieć pewność, że ich usługi są potrzebne. Terapeutyczny „biznes” szacowany jest na ok. 8 milionów złotych. Oczywiście, nie wszystkie ośrodki można uznać za dobre – część z nich została, niestety, stworzona przez osoby nieposiadające odpowiednich kwalifikacji, postrzegające tak poważny temat jak leczenie uzależnień jedynie w kategoriach sposobu na zarobienie pieniędzy. Niestety, w polskim prawie nie przewidziano sankcji dla kogoś, kto próbuje prowadzić odwyk bez stosownych uprawnień. I to właśnie między innymi dlatego tak cenni są wszyscy ci, którzy dostrzegają powagę sytuacji i czują powołanie do autentycznego pomagania tym, którzy tego potrzebują.

Oczywiście, aby założyć ośrodek terapeutyczny, nie wystarczy mieć dobrych intencji i zapału do pracy. Istotne są także wymogi formalne, które musi spełnić tego typu placówka. Pamiętajmy, że zarejestrowanie zakładu opieki zdrowotnej wymaga odpowiednich warunków lokalowych – wymagania fachowe i sanitarne znajdziemy w art. 9 ust. 1 i 2 ustawy o zakładach opieki zdrowotnej. Oprócz tego należy wpisać ośrodek do rejestru, uzyskać NIP i REGON, założyć konto w banku komercyjnym, a także określić osobowość prawną przedsiębiorstwa. Jako że tego typu ośrodek funkcjonuje jak każda inna firma, musimy również zadbać o to, by inni się o nas dowiedzieli i wdrożyć (etyczne) działania marketingowe, takie jak założenie strony internetowej (na której umieścimy dane kontaktowe, opis działania placówki i jej ofertę, a także kwalifikacje personelu) czy konta na Facebooku.