Uzależnienie od gier – dlaczego uciekamy w wirtualny świat?

Uzależnienie od gier – dlaczego uciekamy w wirtualny świat?

Wirtualny świat potrafi wciągać jak narkotyk. Choć na co dzień komputery i inne zdobycze techniki bardzo ułatwiają nam życie, czasem ich wpływ na nasze codzienne funkcjonowanie może okazać się zbyt duży. Szczególnie zagrożeni są młodzi ludzie, którym trudno jest znaleźć właściwe proporcje pomiędzy spędzaniem czasu na graniu a innymi dziedzinami codzienności. Dlaczego tak chętnie uciekają w wirtualny świat?

Każdy z nas zna ryzyko związane z piciem alkoholu, braniem narkotyków oraz paleniem papierosów. Każda z tych substancji posiada duży potencjał uzależniający, więc regularne przyjmowanie nawet niewielkich dawek może skończyć się groźnym dla zdrowia i życia nałogiem. Nie wszyscy jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że uzależnić się można nie tylko od substancji. Istnieje również grupa nałogów związana z rozmaitymi zachowaniami – nazywamy je uzależnieniami behawioralnymi. Mają one miejsce wtedy, gdy dana osoba spędza coraz więcej czasu, wykonując określoną czynność i zaniedbuje przy tym inne dziedziny życia. Dane zachowanie jest dla niej jak narkotyk – nie jest w stanie wyobrazić sobie bez niego życia i nie zauważa, że poświęca mu coraz więcej czasu i uwagi, stopniowo porzucając dotychczasowe zainteresowania, zaniedbując obowiązki i relacje z innymi ludźmi. Można uzależnić się niemal od każdego zachowania. Najpopularniejszymi przykładami są hazard, seks, zakupy oraz ćwiczenia fizyczne. Innym nałogiem behawioralnym, często spotykanym w ostatnich latach, jest uzależnienie od gier komputerowych.

Wydawałoby się, że grupą obarczoną największym ryzykiem jest w tym przypadku dorastająca młodzież. To przecież nastolatki uchodzą za oderwane od rzeczywistości i nierozstające się ze swoimi urządzeniami elektronicznymi. Statystyki pokazują jednak, że osoby poniżej 18-tego roku życia stanowią jedynie 25% wszystkich graczy. Średnia wieku osób grających w gry komputerowe wynosi 35 lat. Większość z nich to pełnoletni mężczyźni. Spośród całej tej grupy ok. 10-15% wykazuje objawy uzależnienia.

Dlaczego ludzie uciekają w świat wirtualny? Powodów tego stanu rzeczy może być kilka. Psychologowie z University of Rochester oraz badacze gier z Immersyve Inc. postanowili zbadać grupę tysiąca graczy i sprawdzić, co tak bardzo pociąga ich w tej rozrywce. Okazało się, że ich główną motywacją jest możliwość rywalizowania z innymi graczami. Przyjemność odczuwana podczas grania w gry komputerowe ma swoje źródło w możliwości pokonywania kolejnych wyzwań, współzawodniczenia z innymi oraz nawiązywanie kontaktów z osobami dzielącymi tę samą pasję. Oprócz tego warto zwrócić uwagę na cechy grupy, która najchętniej spędza czas przed ekranem komputera. Są to młodzi dorośli, którzy właśnie wkraczają na rynek pracy, zaczynają odpowiedzialne, samodzielne życie i obserwują, jak ich marzenia zderzają się z rzeczywistością. Często czują się zagubieni, niekompetentni i niedoceniani. Niejednokrotnie nie wiedzą, jakie decyzje powinni podejmować i jak mają poradzić sobie z napotykanymi trudnościami. W dodatku pierwsze doświadczenia zawodowe rzadko bywają satysfakcjonujące. Nudna praca w biurze rzadko stanowi spełnienie marzeń młodego, wkraczającego w dorosłość człowieka. Dla tej grupy granie w gry komputerowe często rzeczywiście stanowi ucieczkę do znacznie prostszego świata, w którym  jej członkowie wiedzą, co mają robić, odnoszą sukcesy i mają poczucie sensu.

Samo granie w gry komputerowe nie jest niczym złym czy niewłaściwym. Jest to rozrywka jak każda inna – podobnie jak zakupy, seks czy uprawianie sportu, może dawać dużo przyjemności i satysfakcji, ale w nadmiarze prowadzi do groźnego uzależnienia. W każdej dziedzinie naszego codziennego funkcjonowania należy zachować umiar. Osoba uzależniona od wirtualnego świata zachowuje się podobnie do alkoholika czy narkomana: spędza przed ekranem coraz więcej czasu, przestaje poświęcać uwagę dotychczasowym pasjom i zainteresowaniom, nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, ignoruje relacje z bliskimi, a w skrajnych przypadkach nie zaspokaja nawet swoich podstawowych potrzeb: nie wysypia się i nie dojada. Cała jej energia skoncentrowana jest na osiąganiu kolejnych poziomów w grze. Nie jest w stanie kontrolować ilości czasu spędzanego przed komputerem, wydaje coraz więcej pieniędzy na nowe gry lub dodatki. Z czasem pojawiają się problemy zdrowotne: sztywność karku, drętwienie kończyn, ból pleców, pogorszenie wzroku, trudności związane z koncentracją i zapamiętywaniem.

Choć spędzanie czasu przed komputerem stanowi formę ucieczki od rzeczywistości i uwolnienia się od problemów życia codziennego, osoba uzależniona nie jest wolna ani szczęśliwa. Nałóg jest kolejną formą zniewolenia, która sprawia, że pacjent traci kontrolę nad władnym życiem i nie jest w stanie podejmować świadomych, dojrzałych decyzji na jego temat. Jeśli opisywany problem dotyczy również nas, warto zastanowić się, co stanowi przyczynę takiego stanu rzeczy. Jakie potrzeby były zaniedbane, co sprawiło, że poczuliśmy przemożną chęć ucieczki od codzienności? Tylko zajęcie się tymi obszarami naszego życia pozwoli nam na odzyskanie kontroli i wyzwolenie się z więzów nałogu.

Czym kierować się przy wyborze ośrodka terapii? Wybór, który ratuje życie

Czym kierować się przy wyborze ośrodka terapii? Wybór, który ratuje życie

Uświadomienie sobie istnienia własnego zaburzenia psychicznego i motywacja do leczenia stanowią połowę sukcesu w walce o normalne, szczęśliwe życie. Mimo wszystko, nawet największy zapał spełznie na niczym, jeżeli nie uda nam się znaleźć dobrego, profesjonalnego terapeuty, który przeprowadzi nas przez niełatwy proces zdrowienia. Właśnie dlatego tak ważne jest właściwe przyłożenie się do wyboru ośrodka, w którym planujemy się leczyć. Na co należy zwrócić uwagę, szukając tego typu placówki?

Każde zaburzenie psychiczne jest inne, choć łączy je kilka cech wspólnych. Jedną z nich jest fakt, iż chory bardzo rzadko zdaje sobie sprawę z własnego problemu. Ten zakrzywiony ogląd rzeczywistości dotyczy zwłaszcza uzależnień, które są niezwykle powszechne w naszej kulturze. Alkohol jest wszędzie – możemy go kupić legalnie w sklepie, barze, restauracji, a nawet na stacji benzynowej. Podaje się go na rodzinnych imprezach, spotkaniach biznesowych, weselach, wizytach u przyjaciół, koncertach czy festynach. Można wręcz powiedzieć, że w świadomości przeciętnego Polaka picie stanowi normę, natomiast abstynencja traktowana jest jak odstępstwo od tego, co typowe i powszechnie akceptowane. Odmowa wzniesienia toastu nierzadko spotyka się z ogromnym zdziwieniem, namowami czy urazą. Są sytuacje, w których po prostu nie wypada nie pić. W niektórych kręgach podobny status mają papierosy czy narkotyki. W towarzystwie artystów, a także w wielu grupach młodzieżowych nielegalne środki odurzające oraz dopalacze stanowią nieodłączną część dobrej zabawy. Nic dziwnego, że w takiej kulturze coraz więcej osób popada w nałogi. Nie ma się czego wstydzić, a poszukiwanie pomocy jest najmądrzejszą i najbardziej godną podziwu rzeczą, jaką może zrobić osoba uzależniona. Problem w tym, że we własnych oczach tacy ludzie najczęściej są zupełnie zdrowi, a ich zachowanie – typowe. W końcu skoro wszyscy piją, to dlaczego oni mieliby się z tego leczyć? Bardzo często pojawiają się wymówki takie jak: „Ja nie jestem żadnym pijakiem. Po prostu lubię zrelaksować się przy piwku po pracy”, „Muszę jakoś odreagować, weekendy są po to, żeby imprezować”, „Alkoholik to żul spod sklepu, który upija się tanim piwem. Ja piję tylko drogą whisky”. Istnieje wiele sposobów na to, by wyprzeć świadomość o utracie kontroli nad własnym życiem. Właśnie dlatego kiedy alkoholik czy narkoman zrozumie, że ma problem, można uznać to za jego wielki sukces. Jednak nie zda się on na nic, jeżeli chory nie trafi na odpowiednich ludzi, którzy pomogą mu przebrnąć przez proces trzeźwienia. Terapia to naprawdę skomplikowana procedura, której powodzenie często stanowi kwestię życia lub śmierci. Nie warto powierzać jej w ręce przypadkowych osób – należy dołożyć wszelkich starań, by nasz wybór ośrodka był podyktowany obiektywnymi kryteriami.

Po pierwsze, należy nastawić się na to, że leczenie tak skomplikowanych zaburzeń nie jest szybkie i łatwe. Za ich powstawanie i utrzymywanie odpowiada wiele złożonych mechanizmów psychologicznych. Rozbrojenie ich i nauczenie pacjenta konstruktywnego radzenia sobie z problemami życia codziennego często zajmuje bardzo dużo czasu. Na ogół za tym, co dzieje się teraz, stoi długa historia: nasze dzieciństwo, relacje z bliskimi, dotychczasowe doświadczenia, a także wzorce wyniesione z domu. Wiele negatywnych nawyków kształtowało się przez lata. Chory ma zaburzone strategie radzenia sobie z emocjami, które każdorazowo chce od siebie odsunąć i „zapić”. Alkoholicy to osoby mało odporne psychicznie, przytłoczone przez własne uczucia. Nabranie pewności siebie, przepracowanie przeszłych traum, nawiązanie pozytywnej i zdrowej relacji z samym sobą, nabycie nowych umiejętności radzenia sobie z trudnościami oraz unikania powrotu do nałogu zajmują mnóstwo czasu i energii. Wyrzucenie ze swojego życia alkoholu czy narkotyków dla nałogowca stanowi prawdziwą rewolucję, przewrócenie dotychczasowej rzeczywistości do góry nogami. Jeśli więc jakaś placówka obiecuje, że jest w stanie wyleczyć z nałogu w ciągu dwóch tygodni czy nawet miesiąca, ewidentnie nie jest profesjonalnym miejscem nastawionym na trwałe rezultaty.

Kolejną kwestią, której należy się przyjrzeć, są kwalifikacje terapeutów oraz warunki panujące w ośrodku. Największą skutecznością odznaczają się te placówki, które znajdują się na uboczu, z dala od miasta i dotychczasowego życia pacjentów. Aby zerwać z nałogiem, najlepiej na jakiś czas odizolować się od tego, co choremu kojarzy się z piciem czy braniem. Nie powinien kontaktować się z osobami, które nakłaniają go do używek i przebywać w miejscach, w których realizował swoje zgubne nawyki. Najlepiej sprawdza się w przebywanie na łonie natury, w miejscu cichym, spokojnym i odosobnionym. Pacjenci powinni mieć szansę rozwijania zainteresowań i pasji alternatywnych do używek. W związku z tym wiele dobrych ośrodków posiada zbiór książek, boiska, sale gimnastyczne i taneczne, a także prowadzi różnego rodzaju zajęcia integracyjne, sportowe i rekreacyjne, które skutecznie odciągają uzależniony umysł od tego, co zostało za bramą placówki. Dobrym pomysłem będzie sprawdzenie, jak długo funkcjonuje dany ośrodek. Najlepiej zrobić to, sprawdzając status firmy w bazie przedsiębiorców na stronie internetowej CEIDG lub w KRS. Zdobycie takiej informacji jest bezpłatne, a my dzięki niej mamy pewność, że nie zostaniemy wprowadzeni w błąd np. przez oszustów publikujących nieprawdziwe dane na firmowych witrynach czy profilach w mediach społecznościowych. Przy okazji możemy zweryfikować, czy dana placówka posiada status podmiotu medycznego. Jeśli nie – w ogóle nie należy brać pod uwagę skorzystania z jej oferty. Ponadto w przypadku osób uzależnionych koniecznym etapem zdrowienia może okazać się detoksykacja, która znacząco zwiększa szanse na powodzenie leczenia. Obecność tego typu usługi w ofercie ośrodka stanowi dodatkową zaletę i świadczy o tym, że jest to miejsce zdolne do kompleksowej opieki.

Jeśli firma jest uczciwa i nie ma niczego do ukrycia, z pewnością zamieszcza na swojej stronie informacje na temat personelu, jego wykształcenia i kwalifikacji. Każdy ośrodek musi zatrudniać psychologa, psychiatrę oraz pielęgniarza lub pielęgniarkę. Warto zorientować się, czy wymienieni specjaliści rzeczywiście są dostępni dla pacjentów, czy bywają na miejscu jedynie okazjonalnie (tak jak np. w szkołach, w których psycholog czy pedagog często pełnią dyżur przez godzinę tygodniowo). Leczenie powinno być prowadzone przez specjalistę psychoterapii uzależnień, który posiada stosowny certyfikat lub jest w trakcie procesu certyfikacji w szkole szkoły zarejestrowanej w Polskiej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych lub w Krajowym Biurze do spraw Przeciwdziałania Narkomanii. Dlaczego jest to tak ważne? Leczenie uzależnień to naprawdę trudne, wymagające zadanie. Aby mu sprostać, nie wystarczy ukończyć ogólnych studiów psychologicznych. Wspomniany wyżej certyfikat oznacza, że osoba go posiadająca odbyła dodatkowo kilkaset godzin wykładów i warsztatów poświęconych wyłącznie uzależnieniom i ich terapii, odbyła terapię własną (by mieć pewność, że jej własne problemy i doświadczenia i nie będą rzutowały na pracę z pacjentami), zrealizowała staż w rekomendowanym ośrodku leczenia uzależnień, pracowała z superwizorem (czyli bardziej doświadczonym terapeutą, który kontrolował jej warsztat i metody działania), prowadziła już terapię z osobą uzależnioną i współuzależnioną, a także zdała państwowy egzamin obejmujący test i obronę pracy dotyczącej oddziaływań terapeutycznych. Jeżeli nie mamy pewności, czy informacja o certyfikacie jest prawdziwa, możemy skorzystać z oficjalnej strony PARPy, na której znajdziemy listę wszystkich certyfikowanych terapeutów.

Kolejną kluczową kwestią jest zakres terapii prowadzonej przez dany ośrodek. Jedna osoba może zmagać się z kilkoma różnymi problemami: uzależnieniem od więcej niż jednej substancji lub czynności (uzależnieniem mieszanym lub krzyżowym), a także łączonymi zaburzeniami, takimi jak depresja maskowana nałogiem alkoholowym. Jeśli mamy podejrzenie, że taka sytuacja dotyczy właśnie nas, warto poszukać placówki, która będzie w stanie pomóc nam w sposób kompleksowy. Nieprawdą jest, iż w przypadku różnych uzależnień sposób postępowania może być niezmienny. Owszem, wiele mechanizmów rządzących nałogami się powtarza, jednak nie należy traktować ich jak jedno i to samo zaburzenie. Zwłaszcza uzależnienia behawioralne mogą przebiegać zupełnie inaczej niż te od substancji psychoaktywnych i w związku z tym wymagają odmiennych oddziaływań terapeutycznych. Jeśli pacjent jest seksoholikiem, zakupoholikiem, nałogowym graczem lub osobą uzależnioną od sportu, powinien upewnić się, czy rozważana przez niego placówka dysponuje personelem przeszkolonym w zakresie nałogów behawioralnych. Warto zwrócić uwagę także na liczbę, osób, które przebywają w ośrodku w tym samym czasie. W tym wypadku sprawdza się stara, dobra zasada: co za dużo, to niezdrowo. Terapia nie jest czymś, co można prowadzić „masowo”. Najlepiej sprawdzają się grupy liczące od 7 do 15 osób. Przy większej ich liczbie terapeuta nie byłby w stanie poświęcić wystarczającej ilości czasu i uwagi każdemu z uczestników.

Choć to prozaiczna kwestia, dla wielu osób znaczenie może mieć również cena leczenia. Na szczęście drożej nie zawsze znaczy lepiej – istnieje wiele świetnych placówek przyjmujących na NFZ. Problem w tym, że wybór takiej formy finansowania może wydłużyć czas oczekiwania na swoje miejsce. Tak czy inaczej, dobrym pomysłem będzie sprawdzenie cennika na stronie internetowej – należy upewnić się, czy w koszty pobytu wliczone są takie elementy jak detoks, leki oraz psychoterapia. Oprócz tego dla wielu osób ważna może okazać się możliwość uzyskania zwolnienia lekarskiego, które będzie można przedstawić w pracy, szkole czy na uczelni. To kluczowa kwestia: każda legalnie działająca placówka ma prawo wydać takie zwolnienie. Jeśli ośrodek nie przewiduje takiej możliwości, świadczy to o jego nieuregulowanej sytuacji prawnej.

Dopalacze – zło XXI wieku

Dopalacze – zło XXI wieku

Do niedawna najbardziej rozpowszechnionymi uzależnieniami były alkoholizm, narkomania oraz palenie tytoniu. XXI wiek przyniósł nam jednak kolejne zagrożenie – dopalacze. Dopalacze zło XXI wieku.  Co sprawiło, że tego typu środki pojawiły się na rynku? Czy fakt, iż są one legalne, a przez to znacznie łatwiej dostępne niż niedozwolone substancje psychoaktywne, sprawia, że ich zażywanie jest bezpieczniejsze dla zdrowia.

„Dopalacze” to termin daleki od naukowego – używa się go w języku potocznym, na określenie różnego rodzaju produktów zawierających substancje psychoaktywne, które nie znajdują się na liście środków kontrolowanych przez ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii. Innymi słowy: są to substancje psychoaktywne, które nie widnieją w spisie środków zakazanych, a więc są „legalne”. Niestety, wiele osób zdaje się wierzyć, że skoro ustawodawcy nie zabronili posiadania pewnych wyrobów, automatycznie oznacza to, że są one nieszkodliwe dla zdrowia. Jednak jak pokazują choćby przykłady papierosów czy alkoholu, przekonanie to jest całkowicie błędne.

Historia dopalaczy rozpoczęła się w latach 90-tych. To właśnie wtedy Donal O’Dwyer otworzył Herbal Highs – najstarszy na świecie sklep z tego typu używkami. Sprzedawane w nim produkty były i zawierały takie ekstrakty roślinne jak np. nasiona powoju czy ma-huang. Prawdziwą popularność przyniosła jednak dopalaczom dopiero era internetu. Wiedza na temat dostępnych środków odurzających rozprzestrzeniała się z prędkością światła, a użytkownicy chętnie polecali sobie sprawdzone specyfiki i wymieniali się informacjami na temat możliwości ich zdobycia. Obecnie dopalacze są w Wielkiej Brytanii nielegalne, co budzi pewne kontrowersje. Bo czy karanie za sprzedaż tego typu substancji rzeczywiście zmniejsza ich popularność? A może zrównuje działania do tej pory zarejestrowanych sklepów z tym, co robią dealerzy sprzedający dopalacze niewiadomego pochodzenia?

Nie ulega wątpliwości, że wszystkie dopalacze są bardzo niebezpieczne i wykazują negatywny wpływ na zdrowie swoich użytkowników. Najogólniej rzecz biorąc ich wytwórcy starają się stworzyć środki, które jak najwierniej odwzorowywałyby działanie narkotyków, których sprzedaż jest zabroniona przez prawo. Używają do tego celu przede wszystkim związków syntetycznych, choć zdarzają się również składniki pochodzenia naturalnego. Jest to działanie pod presją czasu – receptury nieustannie ulegają zmianom, ponieważ producenci sprzedają dany środek tylko do momentu, aż znajdzie się on na liście substancji zakazanych przez prawo. Wówczas należy znaleźć kolejny sposób na wywołanie podobnego efektu psychoaktywnego, używając do tego innych surowców. Co to oznacza dla użytkownika? Przede wszystkim to, że nie ma on pojęcia, co zażywa.

Nielegalne narkotyki są bardzo szkodliwe, jednak stanowią zło dobrze poznane. Innymi słowy, ich oddziaływanie na ludzki organizm było badane przez lata, dzięki czemu znamy profil i mechanizmy ich działania, skutki uboczne, wpływ długofalowe oraz skuteczne metody pomocy osobom znajdującym się pod ich wpływem oraz od nich uzależnionym. W przypadku dopalaczy te wszystkie kwestie stanowią jedną, wielką niewiadomą. Trudno domyślić się, co zażyła dana osoba, czego można spodziewać się po jej zachowaniu oraz jakie konsekwencje będzie to miało dla jej organizmu w przyszłości. W przypadku wystąpienia działań niepożądanych, wezwany personel medyczny często okazuje się bezradny. Ratownicy nie mają pojęcia, jak pomóc pacjentowi i co robić, by jeszcze bardziej mu nie zaszkodzić. Czasami ich działania wykazują małą, a nawet zerową skuteczność. Często zdarza się, że użytkownik staje się nieobliczalny, reaguje agresją skierowaną przeciwko sobie lub otoczeniu, przez co jest po prostu niebezpieczny. Niestety, nie ma możliwości prowadzenia dokładnych badań na dopalaczach, a ich skład zmienia się jak w kalejdoskopie. Środek sprzedawany pod tą samą nazwą po krótkim czasie może całkowicie zmienić skład, co uniemożliwia usprawnienie pomocy również w przyszłości. Nie wiadomo również, jakie ilości danych substancji są stosowane do produkcji konkretnych dopalaczy, co utrudnia określenie ich dawki śmiertelnej. Producenci nie zawsze dokładnie opisują swoje wyroby, przez co na wielu opakowaniach może brakować ich pełnego składu.

Szczególnie zagrożoną grupą jest, oczywiście, młodzież. Eksperymentowanie z różnego rodzaju używkami stanowi charakterystyczny element okresu dojrzewania. Młodzi ludzie odrzucają dotychczasowe autorytety, takie jak rodzice czy nauczyciele. W tym wieku zależy im przede wszystkim na akceptacji rówieśników, którzy niejednokrotnie namawiają ich na zażywanie substancji psychoaktywnych. Młody umysł nie jest w stanie w pełni zrozumieć zagrożeń, jakie się z tym wiążą – na tym etapie nastolatki czują się „niezniszczalne” i nie obawiają się negatywnego wpływu takich działań na własne zdrowie. Tymczasem to właśnie w tak młodym wieku skutki te mogą być najbardziej dotkliwe. Zarówno ciało, jak i mózg oraz cały układ nerwowy młodej osoby nie są jeszcze w pełni wykształcone, przez co nie mają dostatecznej ochrony. W dodatku środki psychoaktywne mogą skutecznie zahamować rozwój nastolatka, powodując m.in. problemy z pamięcią i zdolnością uczenia się, zaburzenia w obszarze układu nagrody oraz znacznie gwałtowniejsze w przebiegu uzależnienie.

Dopalacze, nazywane również „designer drugs” możemy podzielić na trzy grupy odznaczające się różnymi właściwościami:

– środki pochodzenia roślinnego (np. kadzidełka czy susze). W krajach anglosaskich noszą nazwę „spice”. Można je palić podobnie jak tytoń (np. wykonując z nich skręty lub używając do tego celu fajek) lub jak kadzidełka. Ich zadaniem jest powodowanie skutków podobnych do tych, które charakteryzują marihuanę czy opium. Czasami produkty te wzmacnia się różnymi związkami chemicznymi, np. syntetycznymi kannabinoidami;

– środki pochodzenia głównie syntetycznego, nazywane często party pills. Na ogół sprzedawane są w formie tabletek lub proszków. Ich skład to najczęściej różnego typu mieszanki związków psychoaktywnych o rozmaitym działaniu, np. opiodów, halucynogenów, stymulantów, empatogenów czy dysocjantów. Przez długi czas najpopularniejszym przedstawicielem tej kategorii było ecstasy zawierające głównie MDMA, czyli pochodną amfetaminy;

– syntetyczne środki z pojedynczą, niezakazaną substancją. Bywają sprzedawane m.in. w formie małych pigułek lub „znaczków” przeznaczonych do lizania.

Skutki uboczne zażywania dopalaczy są trudne do wyodrębnienia, jako że ich skład systematycznie się zmienia, a na rynku co chwilę pojawiają się nowe substancje. Najczęściej pojawiającymi się powikłaniami są nudności, bóle i zawroty głowy, drgawki, bezsenność, uszkodzenie naczyń krwionośnych i serca, stan dezorientacji, stany lękowe, urojenia, zmęczenie i znużenie, trudności w oddychaniu, gorączka, śpiączka, biegunka, wymioty, nadmierna potliwość, napady złości i agresji oraz przebarwienia na skórze. Podobnie jak nielegalne narkotyki, alkohol czy nikotyna, dopalacze również posiadają wysoki potencjał uzależniający. Oznacza to, że nawet kilkukrotne zażycie środka tego rodzaju może skończyć się trudnym do wyleczenia nałogiem. Użytkownik, dla którego do tej pory branie dopalaczy było zabawą, stopniowo zaczyna mieć na ich punkcie obsesję. Porzuca inne zainteresowania, niejednokrotnie zrywa kontakt z dotychczasowymi przyjaciółmi, zaniedbuje codzienne obowiązki, a nawet higienę osobistą oraz podstawowe potrzeby, takie jak spanie czy jedzenie. Jest w stanie wydać ostatnie pieniądze na kolejną dawkę środka odurzającego. Cierpią na tym wszystkie dziedziny jego funkcjonowania: życie miłosne i towarzyskie, rodzina, kariera, nauka, zdrowie czy finanse. Niestety, łatwo wpaść w nałóg, jednak całkowite wyleczenie się z niego po prostu nie jest możliwe. Tak jak alkoholik do końca życia pozostanie alkoholikiem, a narkoman narkomanem, tak osoba uzależniona od dopalaczy już zawsze będzie musiała uważać, by nie wrócić do starych, zgubnych nawyków.

Jak rozpoznać, że bliska nam osoba zażywa dopalacze lub inne substancje psychoaktywne? Informacje te mogą okazać się przydatne zwłaszcza dla rodziców nastolatków, które obarczone są szczególnym ryzykiem sięgnięcia po tego typu używki. Oczywiście, warto mieć na uwadze, że niektóre „dziwne” zachowania mogą stanowić normalną część okresu dorastania i związanych z nim zmian w strukturze psychicznej. Mimo wszystko, możemy czuć się zaalarmowani, jeśli nasze dziecko wykazuje kilka z wymienionych niżej symptomów:

– zaniedbywanie dotychczasowych zainteresowań i pasji,

– nadmierny apetyt lub zupełny jego brak,

– chwiejność nastrojów,

– późne powroty do domu,

– problemy z nauką lub zachowaniem w szkole,

– unikanie kontaktu z bliskimi,

– nagłe wyjścia, często tuż po tajemniczych rozmowach telefonicznych,

– zmiana grona znajomych, często starsze towarzystwo,

– problemy z koncentracją i pamięcią,

– nagłe zamiłowanie na kadzidełek, świec zapachowych, odświeżaczy oraz wietrzenia pokoju,

– wymijające odpowiedzi na pytania oraz mijanie się z prawdą,

– znikanie z domu pieniędzy i wartościowych przedmiotów,

– pozytywny stosunek do narkotyków i dopalaczy, bagatelizowanie zagrożenia podczas rozmów.

Jako że nigdy do końca nie wiemy, co znajduje się w danym dopalaczu, musimy zachowywać szczególną ostrożność podczas pomocy osobie, która go zażyła lub w sytuacji, gdy mamy podejrzenie, że zatrucie ma związek z substancją psychoaktywną. Najbezpieczniej jest ograniczyć się do kilku ogólnych zasad. Po pierwsze: należy przerwać źródło zagrożenia. Jednocześnie warto zachować opakowania po zażytych środkach. Po drugie: naszym zadaniem jest zabezpieczenie podstawowych funkcji życiowych użytkownika. Po trzecie: bezzwłocznie wzywamy lekarza. To on powinien zdecydować, czy istnieje konieczność przewiezienia pacjenta na oddział toksykologiczny, do szpitala psychiatrycznego lub na oddział szpitalny wyspecjalizowany w leczeniu uzależnień.

W Polsce jeszcze do niedawna kupowanie oraz sprzedaż dopalaczy była legalna – wystarczyło trzymać się substancji, które nie znajdują się na liście środków zakazanych przez prawo. Niedługo ta sytuacja się zmieni – od 1 listopada 2018 roku dopalacze będą traktowane jak wszystkie inne narkotyki. Niestety, na razie zmagamy się z negatywnymi skutkami tych zmian: dopalacze są masowo wyprzedawane, a to przekłada się na znaczne zwiększenie liczny ich ofiar. Należy mieć tylko nadzieję, że w ogólnym rozrachunku zmiany prawne przyniosą pozytywne konsekwencje, a tzw. „zło XXI wieku” będzie nam zagrażało w mniejszym stopniu.

Dlaczego łatwiej kochać na odległość? – Ośrodki Terapii

Dlaczego łatwiej kochać na odległość? – Ośrodki Terapii

Związek na odległość uchodzi za coś trudnego, a nawet niemożliwego do utrzymania. Z tego powodu osoby, które na co dzień radą sobie z rozłąką, często myślą, że trwanie ich relacji jest wielkim sukcesem i świadczy o ogromnym uczuciu. W rzeczywistości jednak zdarza się, że miłość na odległość jest… znacznie łatwiejsza. Jak to możliwe? Czy życie w oddaleniu od siebie można w ogóle porównywać do mieszkania razem i współdzielenia codzienności? Dlaczego łatwiej kochać na odległość?

Związki na odległość to kontrowersyjny temat. Wiele osób uważa, że w takiej relacji bliskość jest zupełnie niemożliwa. Inni podziwiają partnerów znajdujących się z dala od siebie, utożsamiając ich sytuację z wielkim zaangażowaniem, wytrwałością i gorącymi uczuciami. A jak jest naprawdę? Czy jeśli wytrzymaliśmy z kimś w relacji na odległość przez wiele lat, możemy być pewni siły swojej miłości i tego, że bylibyśmy równie szczęśliwi, dzieląc ze sobą codzienność?

Rozmawiając o związku na odległość, warto uświadomić sobie, że każdy definiuje relację romantyczną w zupełnie inny sposób. Wszystko zależy od naszych poglądów, dotychczasowych doświadczeń, wzorców rodzinnych oraz potrzeb emocjonalnych. Istnieją zarówno takie osoby, którym wystarczą częste rozmowy przez telefon, jak i te, które nie wyobrażają sobie bliskości bez dotyku i kontaktu twarzą w twarz. Dla jednych małżeństwo to przede wszystkim wspólne nazwisko, konto bankowe i dzieci. Inni kładą nacisk na codzienną obecność, wspólne spędzanie czasu oraz dzielenie się domowymi obowiązkami. Nietrudno się domyślić, że dla tych pierwszych związek na odległość będzie jedną z mieszczących się w normie opcji, a dla drugich – czymś kompletnie nieakceptowalnym. Trudno mówić o jakimś jednym, uniwersalnym wzorcu miłości, który odpowiadałby wszystkim. Grunt, by znaleźć drugą osobę, która będzie podzielała nasze poglądy i potrzeby. Z pewnością należy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że związek na odległość jest czymś zupełnie innym niż wspólne mieszkanie. Aby miał szansę przetrwać i nie stał się fikcją, należy wypracować nowe strategie budowania wspólnoty, okazywania uczuć i ich podsycania. Nie wystarczy przecież tylko się w kimś zakochać – znacznie ważniejsze jest to, jak układają się nasze kontakty później i co robimy, by były jak najbardziej satysfakcjonujące dla obu stron.

Nie ulega wątpliwości, że utrzymanie takiej relacji dla niektórych może być bardzo trudne, a nawet niemożliwe. Dla wielu osób wyzwaniem jest wierność osobie, która jest daleko – a więc seksualna wstrzemięźliwość. Każdy z nas potrzebuje dotyku i kontaktu fizycznego z drugim człowiekiem. Bliskość tego rodzaju to nie tylko seks, ale również pocałunki, przytulanie, trzymanie się za ręce itp. Związek na odległość pozbawia partnerów możliwości codziennego bycia ze sobą. Dla osób potrzebujących dużej dawki czułości taki układ może być nie do zaakceptowania. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wiele czynników wpływa na nasze przywiązanie do drugiego człowieka. Patrzenie sobie w oczy, dźwięk głosu, obserwowanie gestów i mimiki, wspólne aktywności, a nawet spędzanie czasu w tym samym pomieszczeniu to kwestie, które nieodłącznie wiążą się z mieszkaniem w jednym domu. Te wszystkie drobne kwestie sprawiają, że stajemy się sobie bliżsi. Nie bez znaczenia jest także jedna z najważniejszych funkcji stałych związków, czyli wspieranie się w codziennych obowiązkach i problemach. Dzielenie się różnymi zadaniami, wspólne radzenie sobie z kłopotami czy wyręczanie się nawzajem w dziedzinach, które nie są najmocniejszą stroną naszego partnera to zachowania, które dają nam poczucie bezpieczeństwa, wsparcie i realne korzyści z relacji z drugą osobą. Kobieta, która na co dzień sama wychowuje dzieci, bo jej mąż pracuje za granicą lub jest marynarzem, na co dzień funkcjonuje niemal jak samotna matka. Nie może liczyć na to, że ktoś przejmie choć część jej obowiązków lub zrobi jej herbatę po ciężkim dniu. Dla niektórych z pewnością taki układ mógłby okazać się zbyt trudny. Wiele związków rozpada się z tego powodu, co sprawia, że związki na odległość uchodzą za te zdecydowanie trudniejsze do utrzymania. I pewnie w wielu przypadkach tak właśnie jest, jednak w innych… może się okazać, że kochanie kogoś, kogo nie ma w pobliżu, jest znacznie łatwiejsze. Jak to możliwe?

Największym „ułatwieniem” w takich relacjach jest tęsknota, która często bywa wymieniana jako ich główna wada. Warto jednak zauważyć, co się z nami dzieje, gdy brakuje nam ukochanej osoby. Nie dostrzegamy wówczas jej wad czy słabości. Zapominamy o tym, co złe, a skupiamy się na samych superlatywach, idealizując partnera. W naszej głowie staje się on najatrakcyjniejszą, najmilszą i najmądrzejszą osobą na świecie. Tęsknimy za jej wsparciem, dotykiem, poczuciem humoru czy urokiem osobistym, na dalszy plan spychając lenistwo, konfliktowość czy skłonność do pesymizmu. Idealizujemy wspomnienia, a nasze uczucia wydają się głębsze i bardziej żarliwe. Kiedy się spotykamy, jesteśmy jak zauroczone nastolatki. Nasza namiętność sięga zenitu, a my nie możemy nacieszyć się sobą nawzajem.

No właśnie… Związek na odległość przypomina trochę wieczne randkowanie. Nie widujemy się na co dzień, a każde spotkanie jest dla nas świętem. Wkładamy wówczas więcej wysiłku w to, jak wyglądamy i jak się zachowujemy. Spędzamy czas w wyjątkowych miejscach i robimy wszystko, by te chwile były jak najbardziej warte zapamiętania. Kiedy związek toczy się „zwyczajnym” torem, siłą rzeczy w relację wkrada się rutyna. Na początku widujemy się rzadziej, ale za to do każdej randki przygotowujemy się z dbałością o najmniejsze szczegóły. Chłopak nie widuje swojej dziewczyny bez makijażu, w dresie czy z wałkami na głowie. Nie wie, że od czasu do czasu potrzebuje spędzić cały dzień w łóżku, oglądając komedie romantyczne i zajadając się lodami. Ona z kolei nie ma pojęcia, że jego ulubionym „domowym” strojem jest stary, dziurawy t-shirt z wielką plamą na przodzie. Nie potyka się o jego skarpetki zostawione na podłodze i nie musi znosić jego krzyków podczas oglądania meczów z kolegami. Przedstawione sytuacje są, oczywiście, bardzo stereotypowe, a rzeczywistość może być zupełnie inna. Mimo wszystko, każdy z nas ma swoje dziwactwa i irytujące zwyczaje. Nikt nie biega po mieszkaniu w seksownych kreacjach i nie spędza godziny przed lustrem, zanim zasiądzie przed telewizorem. Można powiedzieć, że tylko najbliżsi znają naszą „najbardziej prywatną”, domową stronę. I nie da się ukryć, że bywa ona nieco mniej atrakcyjna niż nasz publiczny wizerunek. Zamieszkanie z partnerem to kolejny etap związku, który wiąże się z pogłębieniem bliskości, ale również wieloma próbami dla wzajemnej fascynacji. Związek na odległość przez wiele lat funkcjonuje w tej pierwszej, najbardziej powierzchownej fazie, w której nie ma miejsca na katar, chrapanie oraz sprzeczki o to, kto pozmywa naczynia.

Trzeba przyznać, że to właśnie tego typu kwestie stanowią prawdziwe wyzwanie na wspólnej drodze. Nie bez powodu wiele par decyduje się na rozstanie tuż po tym, jak zdecydują się na mieszkanie w jednym domu. Często dopiero wtedy okazuje się, że partnerzy nie mają ze sobą aż tak dużo wspólnego, jak myśleli, a ich zwyczaje i oczekiwania dotyczące podziału obowiązków kompletnie się ze sobą rozmijają. Jedno lubi spędzać czas aktywnie, a drugie preferuje wieczory z książką lub filmem. Jedno chce oglądać w telewizji programy typu reality show, drugie przełącza na seriale. Dla jednego dom jest azylem, w którym lubi spędzać czas tylko z najbliższymi, a drugie potrzebuje do szczęścia bujnego życia towarzyskiego. Do tego wszystkiego mogą dojść rozbieżności w preferowanej diecie, nawyki związane z dbaniem o porządek czy samo podejście do czystości w mieszkaniu. Dla jednych rzeczy porozrzucane w pokoju i góra naczyń w zlewie to normalne rzeczy, inni nie są w stanie ich zaakceptować. Najczęstszym punktem spornym jest jednak podział domowych obowiązków. Czy powinien on być tradycyjny, czy jednak partnerski? Czy będziemy robili te same rzeczy na zmianę czy raczej podzielimy się sferami, nad którymi będziemy sprawowali pieczę? Wbrew pozorom, to właśnie takie, pozornie błahe sprawy, potrafią bardzo negatywnie wpłynąć na satysfakcję ze wspólnego życia. Oczywiście, przy odrobinie dobrej woli, można poradzić sobie z tymi przeszkodami, jednak znacznie łatwiej jest wtedy, gdy takie problemy po prostu nas nie dotyczą. Nietrudno dogadać się, gdy spędzamy ze sobą tylko niektóre dni. Wtedy znacznie łatwiej jest się dostosować do drugiej osoby, bo przecież wiemy, że to wyjątkowa sytuacja, a za chwilę wrócimy do „normalności”.

Cóż, będąc ze sobą na odległość, w rzeczywistości prowadzimy dwa odrębne życia. Mieszkamy osobno, mamy własną przestrzeń, swoje zwyczaje, rutynę dnia i aktywności. Możemy spotykać się z przyjaciółmi, kiedy chcemy, nie pytając partnera o zdanie. Chodzimy na siłownię, do kina czy do restauracji, kiedy mamy na to ochotę. Jemy to, co chcemy i sprzątamy wtedy, kiedy czujemy taką potrzebę. Nie musimy dostosowywać się do potrzeb oraz planu dnia ukochanej osoby. Nie mamy okazji pokłócić się o niepowieszone pranie czy niepościelone łóżko. Oczywiście, nie oznacza to, że jest nam obiektywnie lepiej czy łatwiej. Być może jest nam nawet znacznie trudniej, ale, paradoksalnie, nasza miłość kwitnie. Ponadto niejedna para z długim stażem zgodziłaby się ze stwierdzeniem, iż wiele kłótni i sprzeczek nie ma wyraźnego, obiektywnego powodu. Zdarzają się wtedy, gdy co najmniej jeden z partnerów ma zły humor, trudny czas w pracy lub odreagowuje w domu przykrości, które sprawił mu ktoś inny. Spotykając się jedynie od czasu do czasu, zwykle unikamy takich dni, zwłaszcza, że sama perspektywa zobaczenia ukochanej osoby sprawia, że czujemy się wspaniale.

Czy to znaczy, że miłość na odległość nie jest prawdziwa? Oczywiście, że nie. Każda para, niezależnie od sytuacji i stylu życia, mierzy się z jakimiś problemami. Najważniejsze są zaufanie, wierność i lojalność wobec partnera. Jednak jeśli chcemy kogoś naprawdę poznać, warto dzielić z nim codzienność. Dopiero wtedy możemy naprawdę przekonać się o tym, na ile do siebie pasujemy oraz jaka jest siła naszego uczucia. Szkoda byłoby się przekonać, że po wielu latach wyznawania sobie miłości przez telefon kilka niezmytych naczyń jest w stanie zniszczyć nasz związek.

Wszyscy zakładamy maski

Wszyscy zakładamy maski

„Wszyscy zakładamy maski, ponieważ obawiamy się, że gdy inni zobaczą nasze prawdziwe oblicze, znienawidzą nas”- ten cytat z książki pt. „Jad. Chcę ukraść twoje życie” autorstwa S.B. Hayes ma w sobie co najmniej trochę prawdy. Każdy z nas liczy się z tym, co myślą i mówią o nim inni, przez co nie zawsze pozwalamy sobie na bycie sobą i wyrażanie szczerych opinii. Podobnie jak aktorzy w teatrze, staramy się jak najlepiej odegrać przydzieloną nam rolę. Czasami te działania są konstruktywne i świadczą o naszej dojrzałości. Innym razem ograniczają nas i sprawiają, że nie możemy w pełni wykorzystać własnego potencjału.

Metafora dotycząca zakładanych przez nas masek nawiązuje do tradycji teatralnej sięgającej starożytnej Grecji. Wcielanie się w różne role na scenie nie wymagało wówczas jedynie gry aktorskiej, ale również przywdziania maski, która wskazywała, że na czas spektaklu występujący stawał się inną osobą. W prawdziwym życiu może nie zakrywamy twarzy w sensie dosłownym, jednak niejednokrotnie ukrywamy to, kim naprawdę jesteśmy. Można powiedzieć, że odgrywamy rolę, którą wybraliśmy sami lub którą narzuciło nam społeczeństwo. W ten sposób jedna osoba może być kimś innym w zależności od sytuacji i otoczenia, w którym się znajduje. Oczywiście, co najmniej część z tych ról oraz zachowań, jakie są im przypisane, jest dla nas nienaturalna, przez co nas krępuje i ogranicza. Rola społeczna może stać się swego rodzaju więzieniem, jeśli nie pozwala nam wyrażać własnych myśli i poglądów, podążać za marzeniami i realizować potrzeb. Nawet, jeśli sami ją wybraliśmy, możemy czuć się przez nią ograniczeni – bo przecież nie wszystkie jej aspekty muszą być dla nas wygodne i łatwe do zaakceptowania.

Carl Gustav Jung, słynny psychiatra, który przeszedł do historii jako jeden z twórców psychologii głębi, pisał o personie, czyli tej części nas, która jest zwrócona ku światu zewnętrznemu. Ten aspekt naszego funkcjonowania nie oddaje w pełni naszej osobowości. Stanowi raczej wynik kompromisu, na jaki musimy iść, przystosowując się do otoczenia i okoliczności. Naukowiec przekonywał, że zdrowa i prawidłowo wykształcona persona składa się z trzech czynników: ideału „ja” (a więc tego, kim sami chcielibyśmy być), oczekiwań środowiska oraz psychicznych i fizycznych warunków ograniczających wcielenie tych ideałów w życie. Niestety, bardzo często powyższa równowaga jest fikcją. Wielu z nas dostosowuje się do tego, co narzuca społeczeństwo, nie pozwalając sobie na szczerość i autentyczność. Inni wręcz przeciwnie – robią wyłącznie to, co uszczęśliwia ich samych, przez co uchodzą za samotników i buntowników.

Czy każdy z nas nosi tylko jedną maskę? Bliższe prawdzie będzie stwierdzenie, że mamy ich całe mnóstwo i w zależności od sytuacji przywdziewamy tę, która najlepiej pasuje do okoliczności. Rano najważniejsza jest rola matki, w pracy szefowej, po południu przyjaciółki, a wieczorem – żony. Trudno oczekiwać, że pracownik banku będzie przez cały dzień „wyrażał siebie” poprzez noszenie kolorowych t-shirtów z zabawnymi nadrukami, używanie dosadnego języka czy ćwiczenie akordów na gitarze. Każdy z nas uwewnętrznił jakiś obraz osoby pełniącej określoną funkcję: ojca, przedszkolanki, lekarza, prawnika, troskliwej córki czy psychologa. Jednocześnie powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że powyższe role nie są istotą grających je osób. Wszyscy mamy cechy, które nie odpowiadają stereotypom oraz oczekiwaniom społecznym. Niezwykle ważną umiejętnością jest ocena tego, kiedy możemy pokazać „prawdziwą twarz”, a kiedy byłoby to niegrzeczne lub krzywdzące dla innych. Niezależnie od tego, jak bardzo mielibyśmy ochotę upić się na wakacjach, nie możemy tego zrobić, jeśli jesteśmy na nich ze swoimi dziećmi. Nawet jeśli pracownik nie pała entuzjazmem do niektórych ze swoich obowiązków lub czuje niechęć do konkretnego klienta – nie może dać upustu swoim odczuciom, ponieważ w ten sposób zawiódłby zaufanie szefa. Od czasu do czasu każdy z nas musi zacisnąć zęby i przywdziać maskę, nawet jeśli nas to nie uszczęśliwia.

Zastanów się, ile ról pełnisz w swoim życiu. To mogą być funkcje związane z relacjami z innymi ludźmi (np. członkami rodziny), nawiązujące do naszej pracy czy hobby. Prawdopodobnie okaże się, że tych „masek” jest naprawdę wiele. Warto od czasu do czasu pomyśleć nad tym, co daje nam ich zakładanie i czy aby na pewno są one dla nas korzystne. Oczywiście, niektórych masek nie możemy całkowicie odrzucić (np. nie możemy porzucić macierzyństwa tylko dlatego, że okazało się mało satysfakcjonujące), jednak możemy zmienić ich obraz. Być może jesteśmy dla siebie zbyt surowi i wystarczyłoby lekko zmniejszyć związaną z nimi presję, by dały nam znacznie więcej zadowolenia? Istnieją również funkcje, które po prostu nie są dla nas i warto zastanowić się nad zasadnością ich wykonywania. Być może po prostu nie jesteśmy stworzeni do odgrywania roli profesora, pielęgniarki lub partnera konkretnej osoby. Dobrym pomysłem jest zrobienie sobie małego „rachunku sumienia”: jaki korzyści wypływają z określonej maski? Jakie koszty ponosimy, gdy ją zakładamy? Co przeważa: zyski czy straty? A jeśli rola zupełnie do nas nie pasuje i nas unieszczęśliwia, to dlaczego właściwie ją przyjęliśmy? Czy ktoś nas do tego namówił? A może nasza decyzja wynikała z braku znajomości własnych potrzeb?

Maski często bywają wynikiem presji społecznej. Ta zaczyna na nas oddziaływać już w dzieciństwie, kiedy po raz pierwszy mierzymy się z oczekiwaniami oraz ocenami społeczeństwa. Rodzice wpajają nam, że dobre dziecko bez szemrania spełnia prośby opiekunów i jest im bezwzględnie posłuszne. W rzeczywistości takie przekazy są promowaniem postawy nieasertywnej i uległej, która prowadzi do tego, że nieustannie spychamy własne potrzeby na dalszy plan i żyjemy według cudzych oczekiwań. Rodzice bardzo często narzucają swoim pociechom role, które kompletnie do nich nie pasują. Niejednokrotnie są to funkcje ściśle związane z płcią i jej stereotypizacją: dziewczynki „powinny” być ciche, spokojne, wrażliwe i ugodowe, zaś chłopcy – waleczni, ambitni oraz silni. Dorosłe życie również nie jest wolne od presji ze strony rodziny, która często oczekuje, że wybierzemy z góry określoną ścieżkę zawodową, będziemy podzielali jej wartości, a także podejmiemy konkretne decyzje związane z życiem prywatnym (na ogół jest to tradycyjna ścieżka życiowa nieodłącznie związana z małżeństwem i dziećmi). Dostosowując się do tych oczekiwań, często ignorujemy własne marzenia i potrzeby. Zakładamy maski, które nas unieszczęśliwiają, ponieważ ukrywają to, kim tak naprawdę jesteśmy i chcielibyśmy być. Zdarza się też, że dorośli narzucają potomstwu konkretne role w zupełnie nieintencjonalny sposób. Jeśli dziecko od najmłodszych lat słyszy, że jest „głupie”, „leniwe” czy „krnąbrne”, w pewnym momencie zacznie dostosowywać się do tego obrazu, nawet, jeśli nie jest on prawdziwy.

Chowając się za maską, oszukujemy nie tylko innych, ale również samych siebie. Poprzez odgrywanie roli ukrywamy swoje uczucia, słabości i lęki. Dzięki temu czujemy się bezpieczni, ponieważ nie tylko nie narażamy się na ocenę i ewentualne zranienie ze strony innych ludzi, ale również nie uświadamiamy sobie swoich słabych punktów. Nie musimy mierzyć się z własnymi traumami, troskami i tęsknotami. Możemy udawać, że odnosimy sukcesy i świetnie czujemy się w narzuconej nam roli, nawet, jeśli taki obraz jest całkowicie oddalony od rzeczywistości.

W latach 60-tych ubiegłego wieku wybitny pediatra i psychoanalityk, Donala Winnicott wprowadził pojęcie „fałszywego self” (lub „fałszywego ja”). Pojawia się ono, gdy potrzeby dziecka nie są zaspokajane lub rodzice świadomie wpływają na nie, by było takie, jak to sobie wymyślili. Niestety, wielu opiekunów nie pozwala swoim pociechom żyć zgodnie z własnymi przekonaniami i potrzebami. Próbują wpływać na ich decyzje, zachowania, a nawet cechy charakteru. W odpowiedzi na takie przekazy dziecko zakłada maskę, która ma na celu spełnienie wszystkich pokładanych w nim nadziei i oczekiwań. Nie jest sobą, bo nie czuje, że ma do tego prawo i byłoby kochane niezależnie od ewentualnej inności.

Rodzice, którzy przelewają na swoje potomstwo własne frustracje, niespełnione ambicje oraz lęki, nieświadomie obsadzają je w konkretnej roli. Jedną z nich jest tzw. „rodzinny bohater”, który jest odpowiedzialny, przykładny i nad wyraz dojrzały. Najczęściej jest to najstarsze dziecko, które często zachowuje się jak rodzic własnych rodziców. Odkłada na bok własne potrzeby, by spełniać cudze. Nieustannie walczy o podziw, miłość i akceptację innych. Trudno im zaakceptować własną słabość, nie lubi wzbudzać litości i prosić o pomoc. Zupełnie inną rolą jest „rodzinna maskotka”, czyli osoba skupiająca na sobie całą uwagę otoczenia, przymilna i urocza. Na ogół rolę tę przyjmuje najmłodsze dziecko w rodzinie. Choć rodzina darzy są specjalnymi względami, rzadko traktuje ją poważnie. Drugie lub środkowe dziecko zwykle obejmuje rolę „kozła ofiarnego’, które czuje się odsunięte, gdyż nie jest w stanie konkurować z bardziej lubianym i podziwianym rodzeństwem. Z tego powodu zwraca na siebie uwagę trudnym zachowaniem (np. piciem, braniem narkotyków, wagarowaniem) lub swoje poczucie własnej wartości opiera na zupełnie innej grupie: rówieśnikach. Ostatnią z rodzinnych ról jest „niewidzialne dziecko”, które za wszelką cenę chce uniknąć sprawiania innym kłopotów, o nic nie prosi i izoluje się przed innymi. Nierzadko ucieka w świat fikcji dostępny poprzez filmy i literaturę. Taka osoba czuje się bezwartościowa, ma problemy z pewnością siebie, a w dodatku obwinia siebie za ewentualne problemy, z którymi mierzy się rodzina. Często ulega przekonaniu, że gdyby jej nie było, jej bliscy byliby szczęśliwsi.

Jak widać, czasami maski stanowią dowód na zdrowe przystosowanie do życia w społeczeństwie, a innym razem są prawdziwym przekleństwem. Ważne jest to, byśmy się za nimi nie chowali i nie tracili kontaktu z własnym wnętrzem. Jeśli masz wrażenie, że role społeczne cię ograniczają, zatrzymaj się na chwilę  i zastanów się, kim naprawdę jesteś. Pomyśl o tym, jakie wartości są dla ciebie najważniejsze, jakie masz poglądy i o czym marzysz. Życie jest zbyt krótkie, by nieustannie chować się za maską i marnować czas na realizowanie scenariusza, który napisał ktoś inny.

Życie w zgodzie z samym sobą

Życie w zgodzie z samym sobą

Relacja ze sobą to najważniejszy związek w życiu każdego z nas. Często przejmujemy się tym, co mówią i myślą o nas inni lub naginamy własne zasady, by ich zadowolić. Jednak na dłuższą metę funkcjonowanie w taki sposób może przynieść jedynie frustrację i niezadowolenie. Nie jesteśmy w stanie uszczęśliwić i zbawić całego świata, ale możemy postępować w zgodzie z własnymi potrzebami i wartościami. Ale czy mamy wystarczająco dużo odwagi, by zawsze być sobą?

Każdy z nas ma jakieś marzenia i potrzeby. Niestety, dla wielu znacznie istotniejsze od własnego szczęścia jest to, co powiedzą inni. Od najmłodszych lat jesteśmy uczeni, by zwracać uwagę na opinię publiczną i postępować zgodnie z przyjętymi normami. Czasami rzeczywiście warto zastanowić się, czy nasze zachowanie nie zrani drugiej osoby, jednak na ogół to my ponosimy konsekwencje swoich czynów. I podejmując decyzje dotyczące naszego życia, powinniśmy kierować się przede wszystkim własnymi odczuciami oraz potrzebami. Tylko będąc sobą, jesteśmy w stanie naprawdę czerpać z życia pełnymi garściami.

Dlaczego tak często ukrywamy to, kim naprawdę jesteśmy i nie pozwalamy sobie na robienie tego, czego pragniemy? Winę za taki stan rzeczy zazwyczaj ponoszą brak samoakceptacji i niskie poczucie własnej wartości. Wydaje nam się, że gdybyśmy pokazali swoją „prawdziwą twarz”, nasze otoczenie by jej nie zaakceptowało. Niekiedy winę za taki stan rzeczy ponoszą nasze doświadczenia z dzieciństwa. Jeśli rodzice i opiekunowie nie wzmacniali naszej wiary w siebie i nie zapewniali nas, że jesteśmy kochani, niezależnie od tego, co robimy i jakie decyzje podejmujemy, możemy dojść do wniosku, że musimy ukrywać swoje prawdziwe „ja”. W wielu domach wychowanie opiera się przede wszystkim na zakazach i nakazach oraz karaniu postępowania niezgodnego z wolą rodziców. W ten sposób dzieci uczą się, że najważniejszą wartością jest dopasowanie się do woli innych, a podążanie za własnymi marzeniami powoduje cierpienie.

Jednak kiedy uważnie się rozejrzymy, szybko przekonamy się, że to nieprawda, a najwięcej osiągają ci, którzy wyróżniają się z tłumu. Nie boją się, że zostaną uznani za „dziwnych” i odważnie wyrażają siebie, dzięki czemu są oryginalni i autentyczni. Nie pozwalają, by lęk przed oceną czy odrzuceniem rzutował na ich życiowe postawy i decyzje. Paradoksalnie, to właśnie takie podejście zaskarbia im podziw i szacunek innych. Warto zdawać sobie sprawę z tego, że zawsze znajdzie się ktoś, komu nie spodoba się to, co robimy i mówimy. Ale czy osoba, która nie ma szacunku dla naszej odrębności, rzeczywiście zasługuje na to, by się nią przejmować? A może powinno nam zależeć wyłącznie na relacjach z tymi, którzy lubią nas takimi, jacy jesteśmy?

Jeżeli my nie będziemy autentyczni, nasze związki również takie nie będą. Nieustannie przejmując się tym, co pomyśli o nas otoczenie i dostosowując się do jego oczekiwań, nie pozwalamy mu naprawdę nas poznać. Oczywiście, przedstawianie radykalnych opinii i szeroko pojęty nonkonformizm może doprowadzić do wielu nieprzyjemnych sytuacji, jednak na dłuższą metę równie, a może bardziej przykra okazuje się ciągła konieczność zakładania masek. Relacje oparte na fałszu są płytkie i niewiele wnoszą do naszego życia oraz rozwoju. W ten sposób nie tylko nie pozwalamy innym naprawdę nas poznać i pokochać, ale również pozbawiamy siebie samych okazji do uczenia się od nich. Szczere kontakty wpływają na obie strony i często poszerzają ich horyzonty.

Chcąc, by nasze relacje z innymi były szczere i autentyczne, musimy nauczyć się trudnej sztuki komunikacji z samym sobą. Nasze myśli to jedna z niewielu rzeczy, które naprawdę możemy kontrolować. Nie będziemy w stanie w pełni akceptować innych ludzi, jeśli nie zaakceptujemy siebie, swoich potrzeb, zalet, wad, talentów i ograniczeń. Świat jest pełen różnorodności i właśnie dlatego jest tak bogaty. Tylko pozytywne myśli o sobie i innych sprawią, że będziemy mogli naprawdę się na nich otworzyć. Jedną z najistotniejszych rzeczy w komunikacji jest empatia, czyli szacunek do drugiej strony i świadomość, że jest ona odrębną osobą, z własnymi emocjami, przeżyciami i potrzebami. Nie możemy oczekiwać, że będzie robiła tylko to, czego sobie od niej życzymy, podobnie jak ona nie może wymagać tego od nas. Na tym właśnie polega asertywność: na szacunku do siebie i innych oraz zrozumieniu, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.

Piękno świata i społeczeństwa wynika właśnie z ich różnorodności. Czy naprawdę wszyscy chcielibyśmy myśleć, mówić i robić to samo, a także wyglądać, jakbyśmy zeszli z jednej taśmy produkcyjnej? Czy mamy ochotę powtarzać życiorysy innych ludzi, wraz ze wszystkimi ich błędami i porażkami? Nikt nie jest nieomylny. Nie istnieje jeden, „domyślny” ideał człowieka. Właśnie dlatego potrzebujemy siebie nawzajem: żeby się uzupełniać, wspierać, uczyć od siebie i dzielić tym, co mamy najlepszego. Każdy z nas jest wyjątkowy. Nasze doświadczenia, przeżycia i osoby, które spotkaliśmy na swojej drodze sprawiły, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Mamy światu wiele do zaoferowania, ale musimy sami w to uwierzyć. Możemy mieć pewność, że wówczas inni również w nas uwierzą i się nami zachwycą.

Zdarza się, że wybieramy zachowawcze, pełne zahamowań życie, ponieważ boimy się porażek. Wydaje nam się, że upadek jest najgorszym, co może nas spotkać. Tymczasem potknięcia i błędy są nieodłącznym elementem drogi do sukcesu! Michael Jordan w młodych latach nie dostał się do szkolnej drużyny koszykarskiej. Zanim debiutancka powieść Stephena Kinga pt. „Carrie” trafiła na półki księgarń, została odrzucona przez wiele wydawnictw, podobnie jak pierwszy tom „Harry’ego Pottera” autorstwa J.K. Rowling. Walt Disney w wieku 22 lat został zwolniony z dziennika “Missouri” za to, że był “mało kreatywny i brakowało mu wyobraźni”. Abraham Lincoln przegrał wybory 5 razy, zanim został prezydentem USA. Marilyn Monroe usłyszała kiedyś, że jest zbyt mało seksowna na modelkę i powinna rozważyć pracę jako sekretarka. Co łączy wszystkie te osoby? Każda z nich osiągnęła ogromny sukces, ale nie doszłoby do tego, gdyby pozwoliły, by porażki podkopały ich wiarę w siebie. Niezależnie od własnych potknięć i opinii innych ludzi, konsekwentnie dążyły do swoich celów. Dzięki temu zostały zapamiętane jako wybitne jednostki i nie zginęły w tłumie zachowawczych, niewyróżniających się ludzi.

Kluczem do sukcesu jest postrzeganie porażek w kategorii wyzwań i lekcji na przyszłość. To dzięki nim mamy szansę się rozwijać i przekraczać własne ograniczenia. Gdyby wszystko zawsze szło nam jak z płatka, nie mielibyśmy motywacji do zmian i nauki nowych umiejętności. Przyjemnie jest poprzebywać czasem w swojej strefie komfortu, jednak nie warto spędzić w niej całego życia. Tylko branie spraw w swoje ręce i przekraczanie własnych granic daje nam poczucie sprawstwa, siły i pozwala na bycie najlepszą wersją samych siebie. Jednak aby tak się stało, musimy wiedzieć, czego pragniemy i co chcemy osiągnąć. Nawet największy sukces może smakować gorzko, jeśli dążyliśmy do czegoś, co narzucili nam inni.

Polskie społeczeństwo jest bardzo tradycyjne i konserwatywne. Zwłaszcza jego starsi członkowie często ulegają złudzeniu, że mają monopol na prawdę i prawo do ingerowania w życie innych ludzi. Uważają, że istnieje jedna, słuszna droga życiowa, którą powinien podążać każdy z nas. W rzeczywistości to, co uszczęśliwia jedną osobę, dla innej może stać się największą tragedią. To, że ktoś jest on nas starszy czy bardziej doświadczony, nie oznacza automatycznie, że wie, co jest dla nas dobre. Zwłaszcza, jeśli nie pyta nas o zdanie i pozostaje głuchy na nasze potrzeby – w takim wypadku prawdopodobnie nie kieruje nim troska o nas, ale o samego siebie. Nawet, jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy, traktuje innych w sposób instrumentalny, zakładając, że ich obowiązkiem jest spełnianie jego oczekiwań. Pytanie brzmi: czy my chcemy być marionetkami w jego rękach?

Chyba każdy młody człowiek zna choć część z tych zdań powtarzanych jak mantry przez wścibskie otoczenie, nierzadko wykluczających się nawzajem: „Kiedy ślub?”, „Po co wam ślub, nie jesteście na to za młodzi?”, „Chyba już najwyższy czas na dziecko – młodsi nie będziecie!”, „Kiedy kolejne dziecko?”, „Zainwestowalibyście w mieszkanie lub dom, zamiast przepuszczać wszystkie pieniądze na podróże…”, „Jeśli teraz tego nie zrobisz, w przyszłości na pewno będziesz żałować” – przykłady można byłoby mnożyć w nieskończoność, ponieważ sposobów na wtrącanie się w cudze życie jest naprawdę wiele. Początkowo tego typu sugestie jedynie nas irytują i drażnią, jednak z czasem zaczynamy coraz bardziej się nad nimi zastanawiać. Nieustanne poczucie, że nasz styl życia i ważne decyzje kogoś uwierają, może być męczące. Czasami wybieramy coś, czego nie chcemy, „dla świętego spokoju”. Próbujemy dopasować się do panujących norm społecznych, robić rzeczy, które przyniosą nam zrozumienie i szacunek. Ale czy naprawdę można go zyskać poprzez naginanie własnych zasad i postępowanie wbrew sobie? Nigdy nie powinniśmy dać sobie wmówić, że coś „musimy”, „powinniśmy” lub „inaczej się nie da”. To, że „wszyscy tak robią”, nie powinno być dla nas żadnym argumentem. Mamy prawo robić to, czego pragniemy, o ile nie krzywdzimy przy tym innych ludzi. Nikt z nas nie chciałby przeżyć starości z nieustannie powracającym pytaniem: „A co by było, gdyby…?”. Nasze najważniejsze obowiązki to te, które mamy wobec samych siebie. Należą do nich rozwijanie swoich talentów i zainteresowań, spełnianie marzeń, podążanie za głosem serca i pozostawanie w zgodzie ze sobą bez względu na okoliczności. Ktoś, kto wymaga od nas, byśmy postępowali wbrew wyznawanym przez siebie przekonaniom, z pewnością nie jest wart, by go słuchać. Ludzie, którym naprawdę na nas zależy, kochają nas takich, jakimi jesteśmy, z całym „dobrodziejstwem inwentarza”. A najważniejszą relacją w naszym życiu jest ta, którą mamy ze sobą. Nic nie jest warte tego, by stracić ze sobą kontakt, a w efekcie zgubić własną tożsamość.