Najlepsze kraje do życia – dlaczego w Polsce nie jesteśmy tak szczęśliwi?

Najlepsze kraje do życia – dlaczego w Polsce nie jesteśmy tak szczęśliwi?

Duńskie Hygge, japońskie Ikigai czy może fińskie Kalsarikännit? Który sposób na szczęśliwe życie sprawdza się w praktyce? A może filozofia ma tu niewiele do powiedzenia i najbardziej liczą się czynniki ekonomiczne? Co roku powstają rankingi najbardziej zadowolonych narodów na świecie oraz miejsc, w których żyje się najlepiej. Niestety, Polska nigdy nie zajęła wysokiego miejsca w żadnym z nich. Dlaczego tak się dzieje? Co sprawia, że mieszkańcy niektórych państw są zauważalnie szczęśliwsi i bardziej spełnieni od innych?

Co jakiś czas cały świat zachwyca się sposobem na życie któregoś z narodów. Najpierw hitem okazało się „hygge”, czyli duńskie rozumienie szczęścia jako wewnętrznej równowagi, spokoju i bezpieczeństwa. Pojęcie to często sprowadzane było do zwykłych, codziennych przyjemności: smacznego jedzenia, wieczorów spędzanych w domu pod kocem i z dobrą książką w dłoni, blasku świec czy ciepłych swetrów i skarpet. Następnie zapanowała moda na japońskie „ikigai”, w którym zawiera się chęć bycia użytecznym dla otoczenia, zdrowe odżywianie, aktywność fizyczna, optymizm, pozostawanie w kontakcie z naturą, relacje z inspirującymi ludźmi, niespoczywanie na laurach (im dłużej człowiek pozostaje aktywny, również zawodowo, tym lepiej) oraz profilaktyka stresu. Następnie przyszła moda na „kalsarikännit”, czyli przepis na dobre samopoczucie rodem z Finlandii. Co ciekawe, określenie to jest połączeniem dwóch słów: “kalsari”, czyli „bielizny” oraz “kännit”, czyli “pijany” i dosłownie odnosi się do… samotnego upijania się w bieliźnie. Chodzi o stan, który osiągamy, kiedy pozwalamy sobie na brak aktywności oraz społecznych interakcji i pozostanie w domu, kiedy mamy na to ochotę.

W każdej z powyższych ideologii jest sporo racji, a podążanie za nimi z pewnością może nam przynieść sporo korzyści, jednak nie należy traktować ich zbyt serio. Tym, co sprawia, że jedne narody są szczęśliwsze od innych, nie są żadne modne słowa ani sposoby spędzania wolnego czasu – zwłaszcza, że te mogą być różne, niezależnie od kraju pochodzenia. Trudno sobie przecież wyobrazić, że wszyscy Duńczycy spędzają popołudnia opatuleni kocem, popijając gorącą czekoladę przy blasku świec, a każdy Japończyk wstaje od stołu przed pojawieniem się uczucia sytości i zaczyna dzień od gimnastyki. Oczywiście, nawyki i dominujące podejście do życia mogą stanowić część naszego dziedzictwa kulturowego, jednak kraj, w którym mieszkamy, to znacznie więcej niż tradycja i mentalność jego mieszkańców.

World Happiness to coroczny ranking, z którego możemy dowiedzieć się, w którym państwie żyje się najlepiej, a którego mieszkańcy mają znacznie mniej powodów do zadowolenia. Co ciekawe, od lat przodują w nim państwa skandynawskie. Nie inaczej było w tym roku – najszczęśliwszym krajem świata 2018 została Finlandia. Taki wynik może być dla niektórych zaskakujący. W końcu mówimy o miejscu, w którym panują niezwykle niskie temperatury, a część jego terytorium przez większą część roku spowija mrok… Mimo to Finom udaje się zachować pogodę ducha. W jaki sposób? Z pewnością nie bez znaczenia są obiektywne przyczyny, takie jak wysokie PKB (w przeliczeniu na osobę), niski współczynnik korupcji, bezpłatna edukacja, wysokopłatne urlopy rodzicielskie, równowaga między pracą a życiem prywatnym, czynniki zdrowotne oraz imponująca oczekiwana długość życia. Oprócz tego w tym roku po raz pierwszy wzięto pod uwagę zadowolenie imigrantów – w tej dziedzinie Finlandia również przoduje. Można więc podejrzewać, że ogólne szczęście ma związek również z pozytywnym stosunkiem do przybyszów z innych krajów.

Najlepsze kraje do życia – dlaczego w Polsce nie jesteśmy tak szczęśliwi?

Kolejne miejsca w rankingu zajęły Norwegia, Dania, Islandia, Szwajcaria, Holandia, Kanada, Nowa Zelandia, Szwecja, Australia, Izrael, Austria, Kostaryka, Irlandia, Niemcy, Belgia, Luksemburg, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Najmniej szczęśliwi ludzie zamieszkują Jemen, Sudan Południowy, Liberię, Gwineę, Togo, Rwandę, Syrię, Tanzanię, Burundi oraz Republikę Środkowoafrykańską. Polska zaś znalazła się na 46. miejscu zestawienia, tuż za Salwadorem, Ekwadorem oraz Nikaraguą. Choć nie brzmi to imponująco, warto wspomnieć, że taki wynik stanowi pewnego rodzaju awans – od zeszłego roku poprawiliśmy się aż o 11 pozycji. Wyprzedziliśmy również takie państwa jak Portugalia, Japonia, Węgry czy Włochy.

Jak widać, podobnie jak co roku, niekwestionowanymi liderami są państwa skandynawskie, których zaletami są wysokie PKB, ale również silne zaufanie do instytucji publicznych, niski poziom korupcji, poczucie wolności i sprawiedliwości oraz rozwinięty system socjalny. Warto podkreślić, że poczucie szczęścia rodowitych mieszkańców poszczególnych państw pokrywało się z zadowoleniem imigrantów. Co ciekawe, najbogatsze kraje nie zawsze okazują się tymi najlepszymi do życia. Na przykład Stany Zjednoczone od lat odnotowują coraz wyższe dochody na osobę (w ciągu ostatnich 40 lat uległy one podwojeniu!), zaś ich pozycja w rankingu spada. Wygląda na to, że znacznie lepiej wypadają miejsca o niskim poziomie nierówności społecznych (czyli rozwiniętej opiece socjalnej), dające poczucie bezpieczeństwa i sprawiedliwości, inwestujące w równość płci oraz systemy utrudniające popadnięcie w ubóstwo. I właśnie do tych wartości powinny dążyć państwa, które znalazły się na niższych miejscach w zestawieniu – w tym m.in. Polska.

Gdzie pije się najwięcej? Czy w Polsce pijemy dużo?

Gdzie pije się najwięcej? Czy w Polsce pijemy dużo?

Bardzo często mówi się, że najwięcej pijącymi narodami są Polacy i Rosjanie. Choć nasi rodacy często wręcz chwalą się swoimi „osiągnięciami” związanymi z ilością spożywanego alkoholu, w rzeczywistości raczej nie jest to dziedzina, w której warto przodować. Ale czy rzeczywiście to właśnie te narody znajdują się na pierwszych miejscach rankingów związanych z ilością wypijanych napojów wyskokowych? A może tak naprawdę w Polsce nie pijemy aż tak dużo?

Każdy kraj jest znany na świecie między innymi z tego, co jego mieszkańcy najchętniej jedzą i piją. Każdy wie, że przeciętny Włoch uwielbia makaron i wino, a Hindusi chętnie doprawiają wszystko mieszanką przypraw curry. Polacy zaś słyną z nadmiernego spożycia wódki. Ale czy te opinie są zgodne z prawdą? A może to tylko stereotypy, które trzeba traktować z pewną dozą nieufności?

Nie da się ukryć, że spożywanie wódki jest wpisane w naszą kulturę. Dla większości Polaków świętowanie jakiejkolwiek specjalnej okazji jednoznacznie kojarzy się z suto zakrapianą imprezą. Bardzo wielu naszych rodaków odrzuca alkohole niskoprocentowe oraz słodkie drinki na rzecz czystego trunku pitego z małych kieliszków. Niestety, zbyt częste pozwalanie sobie na tę przyjemność może się skończyć tragicznie.

WHO

W zależności od tego, jaki ranking weźmiemy pod uwagę, statystyczny Polak wypija rocznie 11,5-12,5 l czystego alkoholu. Ale choć brzmi to naprawdę „imponująco” w rzeczywistości nie czyni z nas liderów wśród narodów lubiących zaglądać do kieliszka. Według tegorocznego raportu WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) nasz przeciętny rodak spożywa 12,5 l czystego spirytusu w ciągu roku, co plasuje nas na 13. miejscu zestawienia. Pierwszą pozycję zajmuje Białoruś – tamtejsi obywatele spożywają przeciętnie 17,5 l rocznie. Kolejne miejsca należą do: Mołdawii (16,8 l), Litwy (15,4 l), Rumunii (14,4 l), Ukrainy (13,9 l), Andory (13,8 l), Węgier (13,3 l), Czech i Słowacji (po 13 l), Portugalii (12,9 l), Serbii (12,6 l) oraz Grenady, która osiągnęła identyczny wynik jak Polska (12,5 l).

Ranking spożycia alkoholu to, paradoksalnie, jeden z tych, w którym raczej nikt nie chce zajmować wysokiej pozycji. Alkohol jest przyczyną wielu poważnych chorób i problemów społecznych. Jednak umiarkowanie optymistyczny wynik w zestawieniu WHO (w końcu nie jesteśmy na pierwszym miejscu, a plasujemy się znacznie niżej niż choćby Rosja czy Ukraina!) nie powinien usypiać naszej czujności. Statystyka tworzona jest bowiem w oparciu o wszystkich mieszkańców danego kraju – w tym takich, którzy w ogóle nie piją alkoholu. Jeśli weźmiemy pod uwagę wyłącznie Polaków, którzy deklarują, że nie są abstynentami, otrzymamy zatrważający wynik 24,2 l czystego spirytusu na osobę. W tak stworzony rankingu zajęlibyśmy… 3. miejsce. Większe ilości wypijają jedynie mieszkańcy Kazachstanu i Mołdawii. Oprócz tego okazuje się, że 70% alkoholu sprzedawanego w naszym kraju konsumuje 18% wszystkich pijących. Strach pomyśleć, jak dużo pije ta grupa naszych rodaków.

Województwo mazowieckie

Spożycie alkoholu jest różne także w zależności od województwa, w którym mieszkamy. Najwięcej piją mieszkańcy województwa mazowieckiego – w ciągu 12 miesięcy spożywają łącznie 3406,2 tysięcy litrów (oczywiście, mowa tu o ilości wypitej przez wszystkich mieszkańców, a nie jednego). Na drugim miejscu znajduje się województwo śląskie (3406,6 tys. l), a na trzecim wielkopolskie (2559,8 tys. l). Najmniej pije się zaś w województwach zachodniopomorskim (1299,3 tys. l), kujawsko-pomorskim (1432,8 tys. L) oraz podkarpackim (1485 tys. l).

Kontrolujmy się

W Polsce żyje ok. 800 tysięcy osób uzależnionych od alkoholu. Niestety, zaledwie co siódma z nich decyduje się na terapię. Jak nietrudno się domyślić, jeszcze mniejszej liczbie udaje się zwalczyć nałóg. Warto pamiętać, że alkoholizm (a także wszystkie inne uzależnienia) to bardzo poważna choroba, która wpływa na wszystkie dziedziny funkcjonowania nałogowca: zdrowie fizyczne i psychiczne, pracę, finanse, szkołę, przyjaźnie i rodzinę. To, co początkowo ma być niewinną rozrywką, przeradza się w ogromną siłę, która przejmuje kontrolę nad całym życiem alkoholika i jego bliskich. Oczywiście, nie każda osoba pijąca dużo jest uzależniona, ponieważ nadużywanie alkoholu nie jest równoznaczne z nałogiem, a choroba alkoholowa dotyka również osoby spożywające niewielkie ilości napojów wyskokowych (np. jedno piwo każdego dnia). Bardzo dużo zależy od indywidualnych predyspozycji każdego z nas. Szacuje się, że ok. 40-60% osób uzależnionych miała do tego genetyczne skłonności.

Gdzie pije się najwięcej? Czy w Polsce pijemy dużo?

Wszystko z umiarem

Warto podkreślić, że choć nasze normy kulturowe pozwalają na spożywanie dużych ilości alkoholu, a nawet do tego zachęcają, w rzeczywistości jest to zachowanie bardzo ryzykowne. Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że względnie bezpieczne jest wypijanie 40 g czystego alkoholu dziennie przez mężczyzn i 20 g przez kobiety. Co to oznacza w praktyce? 500 ml piwa 4,5% zawiera 18 g alkoholu etylowego, kieliszek wina to 16,8 g alkoholu, a 50 ml wódki – 16 g. Zarówno uzależnienie od alkoholu, jak i jego nadużywanie mogą być bardzo niebezpieczne. Tylko w 2017 roku policji udało się przyłapać aż 109 405 osób kierujących pojazdami pod wpływem alkoholu. Napoje wyskokowe mają również wyraźny związek z przemocą – ponad 60% sprawców przemocy w rodzinie to osoby nietrzeźwe. Według danych z 2012 roku na 51 531 osób wskazanych jako sprawcy podczas wypełniania formularzy „Niebieska karta” aż 31 387 była pod wpływem alkoholu.

Czy wiara pomaga w walce z nałogami?

Czy wiara pomaga w walce z nałogami?

Uzależnienia to bardzo ciężkie, wyniszczające choroby, które bardzo trudno pokonać. Można wręcz powiedzieć, że nie da się tego zrobić raz na zawsze – alkoholik zawsze pozostaje alkoholikiem i nawet jeśli uda mu się osiągnąć trzeźwość, do końca życia musi walczyć o jej utrzymanie. Dlatego tak ważne jest wsparcie na każdym etapie tego procesu – zarówno na początku terapii, jak i długo po jej ukończeniu. Czy taką pomoc może zapewnić wiara? Czy przynależność do jakiejkolwiek grupy religijnej zwiększa prawdopodobieństwo zwycięstwa nad nałogiem?

Czy wiara pomaga w walce z nałogami?

Alkoholizm oraz inne uzależnienia są bardzo podstępne i atakują znienacka. Choć większości z nas wydaje się, że ten problem zupełnie nas nie dotyczy, w rzeczywistości może dotknąć każdego. Każdy nałogowiec zaczynał od picia towarzyskiego i akceptowalnego społecznie. Orientując się, że alkohol poprawia nam samopoczucie, pomaga się rozluźnić, dodaje odwagi i pozwala zapomnieć o problemach, niepostrzeżenie zaczynamy spożywać go coraz więcej. W dodatku nie robimy tego tylko „dla towarzystwa”, ale przede wszystkim w celu wywołania konkretnych skutków związanych z psychiką. Niestety, mechanizmy nałogu nie pozwalają nam zobaczyć swojego zachowania w obiektywnym świetle. Nawet osoby, które codziennie piją bardzo duże ilości alkoholu i w związku z tym zaniedbują pozostałe dziedziny życia, potrafią zarzekać się, że ich stosunek do napojów wyskokowych jest zupełnie normalny i w stu procentach nad nim panują.

Kto pije?

Często powtarza się, że uzależnienie od alkoholu jest bardzo „demokratyczne”. Dotyka zarówno starych, jak i młodych, kobiety i mężczyzn, biednych i bogatych, wykształconych i niewykształconych. Podobna zależność dotyczy wiary – religijność sama w sobie nie jest w stanie ochronić przed chorobą. Piją nie tylko wierni, ale również księża. Nadmierne spożywanie alkoholu często stanowi odpowiedź na cierpienie emocjonalne, stres, przytłoczenie odpowiedzialnością. Wszystkie te rzeczy mogą dotknąć zarówno osobę bardzo wierzącą, jak i ateistę. Ale czy religia może mieć wpływ na radzenie sobie z już istniejącym nałogiem?

Kim staje się osobą pijąca?

Kościół nie jest przeciwny alkoholowi samemu w sobie. Co więcej, Pismo Święte zawiera liczne opowieści związane z piciem wina, które zresztą bywa spożywane także podczas mszy świętej. Mimo to, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu jest jednym z głównych grzechów. Osoba religijna powinna być powściągliwa i w pełni panować nad swoimi popędami. Kapłani często mówią o tym, że nadmierne ilości substancji psychoaktywnych odbierają człowiekowi wolność, a zaniedbania, do których doszło pod ich wpływem stanowią grzech. Alkoholicy stają się egocentrykami skupionymi wyłącznie na własnych potrzebach, z których najważniejszą jest stałe dostarczanie sobie napojów wyskokowych. Obowiązki, praca, przyjaźnie i rodzina schodzą na dalszy plan. Nałogowiec jest niewiarygodny, niegodny zaufania i powoduje liczne problemy w życiu rodzinnym. Nie da się nieustannie pić alkoholu i jednocześnie być dobrym pracownikiem, uczniem, studentem, przyjacielem, rodzicem czy małżonkiem. Uzależnienie wiąże się więc z licznymi, negatywnymi konsekwencjami, które dla wierzących noszą znamiona grzechu.

Poczuj się do winy

W tym ujęciu wiara może pomóc wziąć na siebie odpowiedzialność za własne czyny. Osoby uzależnione często bagatelizują swoje problemy i nie poczuwają się do winy za to, co robią swoim bliskim. Religia wiąże się z bardzo konkretnym zestawem zasad i obowiązków. Dobry chrześcijanin powinien troszczyć się o innych. Taki sposób myślenia może pozytywnie wpłynąć na motywację do zmian. Wspólnota oraz zaprzyjaźnieni duchowni mogą również stanowić oparcie w trudnych chwilach i umacniać nałogowca w procesie walki z uzależnieniem.

AA

Istnieje również coś, co można byłoby określić mianem kościelnego ruchu trzeźwościowego. Biskup Tadeusz Bronakowski wyjaśnia, że jego przesłanie „wypływa z Ewangelii i nauki Kościoła: jesteśmy dziećmi Boga, zmierzającymi ku zbawieniu, dlatego musimy umacniać cnoty, które są nam na tej drodze potrzebne, a jednocześnie chronić przed wszystkim, co zagraża naszej wolności i godności”. Członkowie Kościoła organizują się w grupy modlitewne i samopomocowe, a nawet otwierają ośrodki terapeutyczne. Jednak główną inicjatywą, która kojarzy się zarówno z trzeźwieniem, jak i Kościołem, jest wspólnota Anonimowych Alkoholików, czyli AA. Choć oficjalnie AA nie identyfikują się z żadną religią i nie przymuszają do żadnych praktyk o tym charakterze, na ogół działają przy parafiach, a jedna z podstawowych reguł rządzących grupami brzmi: „Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg, jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy. Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą”.

Terapia

Nie należy zakładać, że religia jest w stanie uzdrowić jakiegokolwiek uzależnionego. Nałóg jest chorobą, a jedynym sposobem na uwolnienie się od niej jest profesjonalna terapia. Z całą pewnością jednak wiara pomaga znaleźć priorytety w życiu i dostarcza motywacji do pozytywnych zmian.

Asertywność to nie grzech

Asertywność to nie grzech

Choć od dziecka słyszymy, że warto zachowywać się asertywnie, wciąż wielu z nas nie ma pojęcia, co to tak naprawdę znaczy. W dodatku wokół tego tematu powstało wiele szkodliwych mitów i stereotypów. Niektórzy mylą asertywność z egoizmem, agresywnym dopominaniem się zaspokajania swoich potrzeb czy zachcianek, brakiem empatii lub uczynności. Tymczasem w rzeczywistości jest zupełnie odwrotnie. Asertywność opiera się zarówno na szacunku do samego siebie, jak i do innych. I z całą pewnością nie jest niczym złym ani niemoralnym!

Niektóre słowa są powtarzane i odmieniane przez wszystkie przypadki tak często, że wypaczamy ich znaczenie. Podobny los spotkał asertywność. Już w szkole podstawowej uczyliśmy się, dlaczego warto posiadać tę cechę i czym różni się ona od agresji i uległości. Mimo to wiele osób wciąż postrzega ją negatywnie, utożsamiając ją ze skupieniem na własnych potrzebach oraz niechęci do pomagania innym. Niejednokrotnie stawiamy znak równości między asertywnością a umiejętnością odmawiania. Rzeczywiście, mówienie „nie” jest bardzo istotną częścią tego zagadnienia, jednak zdecydowanie go nie wyczerpuje.

Encyklopedia definiuje asertywność jako „posiadanie i wyrażanie własnego zdania oraz bezpośrednie wyrażanie emocji i postaw w granicach nienaruszających praw i psychicznego terytorium innych osób oraz własnych, bez zachowań agresywnych, a także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych”. Dodatkowo zaznacza, iż jest to umiejętność nabyta, co oznacza, że można się jej nauczyć. To bardzo dobra wiadomość dla wszystkich tych, którzy są z natury ulegli i obawiają się, że już nigdy nie będą potrafili walczyć o swoje. Na szczęście każdy z nas może stać się asertywny – wystarczy trochę praktyki i właściwe zrozumienie tego terminu. Najprościej rzecz ujmując, jest to zachowywanie się z szacunkiem zarówno do siebie, jak i do innych. Osoba asertywna szanuje potrzeby i granice innych osób i jednocześnie nie pozwala im ignorować swoich własnych.

W praktyce oznacza to tyle, że nie boimy się prosić o coś, na czym nam zależy, ale jednocześnie liczymy się z odpowiedzią odmowną. Sami również nie zmuszamy się do czegoś, co wzbudza w nas dyskomfort – nawet, jeśli ktoś inny bardzo nas na to nakłania. Jesteśmy wolnymi osobami i szanujemy wolność innych. Własny komfort i wyznawane przez siebie zasady są dla nas równie ważne jak zadowolenie otoczenia. Nie obawiamy się również wyrażania własnych opinii – wiemy, że mamy do nich prawo i nie udajemy kogoś innego tylko po to, by się komuś przypodobać. Wiemy jednak, że nie mamy prawa nikogo obrażać.

Jak nabrać więcej asertywności? Wystarczy zastosować się do kilku wypisanych poniżej punktów. Niektóre z nich na początku mogą sprawiać trudność osobom, które do tej pory prezentowały raczej uległą postawę i na wszystko się zgadzały. Jednak pamiętajmy, ze trening czyni mistrza, a asertywne zachowania z czasem wejdą nam w krew.

  1. Dbaj o swoją prywatność

Pamiętaj, że masz prawo do życia prywatnego. Oznacza to, że szef nie ma prawa nieustannie oczekiwać od ciebie zostawania w pracy po godzinach lub nieustannie dzwonić do ciebie w czasie urlopu lub weekendów. Oczywiście, zaangażowanie w pracę może przynieść ci wiele korzyści, jednak nie ma niczego złego w komunikowaniu swoich potrzeb. Jeżeli potrzebujesz odpoczynku lub masz już plany na ten czas – po prostu to powiedz. Nie musisz także odpowiadać na prywatne pytania, jeśli nie masz na to ochoty. Każdy z nas zna te wścibskie odzywki i sugestie: „Kiedy wreszcie ślub?”, „Staracie się o dziecko? Nie robicie się przecież coraz młodsi!”, „Skąd masz tyle pieniędzy?”. Takie pytania świadczą o braku taktu, zwłaszcza, jeśli są zadawane przez obce lub niezbyt bliskie nam osoby. Pamiętaj, że nie masz obowiązku tłumaczenia się ze swoich decyzji.

2. Proś, ale nie wymagaj

Nikt nie lubi być zmuszany do czegoś, na co nie ma ochoty. Nawet jeśli angażujemy się w pomoc komuś innemu, chcemy robić to dobrowolnie i na własnych zasadach. Pamiętając o zasadzie: „nie rób drugiemu, co tobie nie miłe”, nie bój się prosić o coś, czego chcesz, jednak licz się z możliwością otrzymania odpowiedzi odmownej. Zamiast mówić: „Zrób obiad”, „Przynieś mi dokumenty”, „Otwórz okno”, postaraj się dać rozmówcy prawo wyboru: „Czy mógłbyś ugotować obiad?”, „Jeśli to nie problem, czy możesz przynieść mi dokumenty?”, „Proszę, otwórz okno. O ile nie masz nic przeciwko, by było otwarte”. Jeśli czujesz, że to konieczne, możesz uargumentować swoją prośbę (np. „Jestem dziś zmęczony, nie dam rady zrobić obiadu”, „Sama bym poszła po te dokumenty, ale są na twoim biurku i nie chcę zrobić ci bałaganu”, „Jest bardzo gorąco”).

3. Żyj własnym życiem i angażuj się w sprawy innych tylko wtedy, gdy tego chcesz

Masz prawo zajmować się przede wszystkim tym, co ciebie dotyczy. Najważniejsze powinno być dla ciebie budowanie swojego szczęścia i bycie oparciem dla swoich najbliższych. Wiele osób sądzi, że dbanie o własne potrzeby to coś złego, ale przecież zdrowy egoizm to nie grzech! Wprost przeciwnie: nie będziesz w stanie dawać szczęścia innym, jeśli sam nie będziesz go odczuwać. Nie spędzaj czasu z osobami toksycznymi, które ciągną cię w dół i źle cię traktują. Pomagaj innym, ale tylko wtedy, gdy poczujesz taką potrzebę. Nie daj sobie wmówić, że twoim obowiązkiem jest zadowalanie całego świata.

Czy mężczyzna może zrozumieć kobietę?

Czy mężczyzna może zrozumieć kobietę?

Od najmłodszych lat uczymy się, że przedstawiciele odmiennych płci różnią się od siebie niczym przybysze z różnych planet. Co miesiąc prawie 1000 zapytań wpisywanych w wyszukiwarki brzmi: „Jak zrozumieć kobietę?”. Każdy z nas chciałby poznać tajemny sposób na pojęcie złożonych mechanizmów kierujących emocjami, sposobem myślenia i zachowaniem naszych partnerów. Ale czy rzeczywiście jest między nami aż tak duża przepaść? A może kobiety i mężczyźni dogadywaliby się bez problemu, gdyby tylko otworzyli się na drugą stronę relacji i nie wmawiali sobie, że rozmawiają z przedstawicielem innego świata?

Lubimy myśleć, że nasza rzeczywistość jest stała, zrozumiała i można ją opisać za pomocą prostych zasad oraz twierdzeń. Przewidywalność sprawia, że czujemy się bezpiecznie. Czasami wolimy uwierzyć w coś, co nie jest dla nas przyjemne i korzystne, niż radzić sobie z niepewnością. Ta ogólna tendencja stanowi jedną z przyczyn, dla których tak chętnie tworzymy stereotypy i im hołdujemy. Jest to naturalna skłonność i sposób, w jaki społeczeństwo radzi sobie z nadmiarem informacji docierających z otoczenia. Nie jesteśmy w stanie objąć rozumem całej złożonej rzeczywistości, w związku z czym lubimy tworzyć kategorie, generalizować i formułować różnego rodzaju schematy oraz skrypty mówiące nam, jak powinniśmy się zachowywać w konkretnych sytuacjach. Niestety, stereotypy mogą ułatwiać życie jednym, zaś utrudniać drugim. Uproszczenia i uogólnienia bywają krzywdzące, ponieważ każdy z nas jest inny, a większość ludzi dąży do zaznaczenia własnej indywidualności. Nie lubimy być trybikami i nie chcemy być postrzegani wyłącznie jako część grupy. Zwłaszcza, że nie ma możliwości, by zbiory te były tak jednorodne, jak nam się wydaje. Schematy i stereotypy być może pomagają nam poczuć, że świat jest zrozumiały, jednak jednocześnie zafałszowują jego obraz.

Nic dziwnego, że poradnik pt. „Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus” autorstwa Johna Graya zyskał tak wielką popularność. Książka i opisywane w niej teorie stanowią odzwierciedlenie wiary w dychotomię społeczeństwa, wyznawaną przez ogromną rzeszę osób. Gray powielał stereotypy na temat każdej z płci, twierdząc, że kobiety mają nieustanną potrzebę rozmawiania o swoich emocjach, zaś mężczyźni wolą działać, a od „przegadywania” problemów wolą czas spędzany w samotności. Wiele z jego stwierdzeń opierało się na ogólnikach, lubił generalizować i naginać fakty, by potwierdzały jego teorię. Mimo to wiele osób potraktowało jego publikację niczym wyrocznię, szukając w niej odpowiedzi na wszystkie problemy komunikacyjne w swoich związkach. Z jednej strony można się w tym dopatrywać pozytywnych skutków: część osób zrozumiała, że kłótnie nie zawsze stanowią dowód na złą wolę drugiej strony. Często wynikają z naturalnych różnic między partnerami – bo przecież nawet najlepiej dobrani i najbardziej kochający się ludzie nie mogą być identyczni. Z drugiej jednak strony, ogromna liczba czytelników uznała, że porozumienie między przedstawicielami obu płci jest po prostu niemożliwe, ponieważ są od siebie tak odmienni jak mieszkańcy dwóch różnych planet. Wszystkie kłopoty w komunikacji, nieporozumienia i niedopasowania zaczęto tłumaczyć odmienną budową mózgu kobiet i mężczyzn. Jak nietrudno się domyślić, taki sposób myślenia nie pomaga otworzyć się na drugą osobę i wejść z nią w dialog. Po co, skoro i tak nie da się z nią dogadać?

Dzisiejsze czasy mogą być trudne dla osób o konserwatywnych poglądach, lubujących się uproszczeniach i stereotypach. Jakiś czas temu tradycyjne role płciowe zwyczajnie odeszły do lamusa. Kobiety robią kariery, zajmują kierownicze stanowiska, są świetnymi kierowcami, a także nie zawsze marzą o białej sukni i gromadce dzieci. Mężczyźni korzystają z urlopów ojcowskich, sprzątają, gotują, znajdują satysfakcję w wychowywaniu dzieci i dbaniu o dom, nie boją się łez i bywają bardzo wrażliwi. Jednym z głównych czynników, które przesądziły o takim stanie rzeczy, było wynalezienie skutecznej antykoncepcji. W czasach, w których kobiety większość życia spędzały w ciąży, a zdobywanie pieniędzy i pożywienia wiązało się z pracą fizyczną, obie płcie musiały dostosować się do panujących warunków. Panie potrzebowały pomocy i ochrony, a w zamian pełniły podległą funkcję w małżeństwie. Na szczęście dziś nie ma żadnego powodu, by powielać ten przestarzały układ. Zwłaszcza, że nie był on korzystny dla żadnej ze stron, ponieważ nie pozwalał jednostkom na bycie sobą i zaspokajanie własnych potrzeb. Los każdego był z góry przesądzony i nikt nie pytał, czy mu to odpowiada. Dziś jest inaczej i powinniśmy to docenić – między innymi poprzez odrzucenie ograniczających nas schematów myślowych. Skoro możemy być tym, kim chcemy, dlaczego mielibyśmy z tego nie korzystać?

Niestety, pomimo zmian społecznych, wiele osób wciąż wierzy w to, że płeć jest głównym czynnikiem determinującym cechy charakteru oraz zachowania. W dodatku z góry zakładają, że każda różnica ma podłoże biologiczne i wrodzone. Innymi słowy: nie zdają sobie sprawy z tego, że niekoniecznie urodziliśmy się tacy, jacy jesteśmy – w dużej mierze staliśmy się tacy w toku całego naszego życia. Psychologowie od lat zastanawiają się, co ma większy wpływ na naszą osobowość, style postępowania oraz ewentualne zaburzenia: geny czy środowisko? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, ponieważ bardzo trudno oddzielić jedne wpływy od drugich w prawdziwym życiu. Nie możemy przecież zamknąć żywych dzieci w laboratorium i sztucznie kontrolować każdego aspektu ich rozwoju.

Zastanówmy się więc, skąd mogą się brać różnice między płciami. Bo przecież nietrudno zauważyć, że dziewczynki w istocie częściej bawią się lalkami, a chłopcy samochodami. To prawda, że mężczyźni rzadko noszą róż, dbają o swoją urodę oraz zostają przedszkolankami, a kobiety znacznie rzadziej od nich rozbudowują swoją masę mięśniową na siłowni, wykonują pracę zawodowego kierowcy czy potrafią naprawić kran. Warto jednak zwrócić uwagę na przekazy, jakie otrzymujemy od otoczenia już od pierwszych dni naszego życia. Nie bez powodu pierwszym pytaniem na sali porodowej lub po badaniach prenatalnych bywa: „Chłopiec czy dziewczynka?”. Dla społeczeństwa jest to informacja mająca pozwolić przewidzieć przyszłe cechy i zachowania noworodka oraz sposób, w jaki będą go traktowali członkowie rodziny. W tym wieku wszystkie ubrane dzieci wyglądają podobnie – jedynym, co odróżnia jedną płeć od drugiej, są narządy płciowe. Aby uniknąć pomyłek, rodzice często ubierają swoje dzieci w stereotypowe barwy: różową w przypadku dziewczynek i niebieską dla chłopców. Kupują im inne zabawki, a także czytają bajki uczące tradycyjnych ról płciowych. Promują i karzą inne zachowania. Dziewczynki wciąż słyszą, że mają być uczynne, miłe i wrażliwe, a chłopcy – że nie wolno im płakać. Kiedy ktoś chce skomplementować dziecko płci żeńskiej, mówi, ze jest śliczne i grzeczne, zaś chłopiec usłyszy raczej, że jest charakterny, pełen energii i silny. Trudno oczekiwać, by tyle różnych technik wpływu nie miało żadnych konsekwencji dla naszego rozwoju. Na zewnętrzne źródło tego stanu rzeczy wskazują również zmiany, jakie zaszły w tej kwestii w ostatnich latach. Mężczyźni coraz częściej interesują się modą, troskliwie zajmują się dziećmi i pozwalają sobie na słabość, a kobiety chętnie realizują się w pracy, uprawiają przygodny seks oraz interesują się motoryzacją. Społeczne przyzwolenie na takie zachowania sprawiło, że coraz odważniej przełamujemy stereotypy. Co może świadczyć tylko o tym, że wcześniej nie robiliśmy tego głównie ze względu na lęk przed ostracyzmem społecznym, a nie dlatego, ze tego typu rzeczy są dla nas nienaturalne.

Psychologowie z amerykańskiego University of Rochester oraz Washington University, profesor Harry Reis i doktor Bobbi Carothers przeprowadzili metaanalizę 13 różnych badań, mających na celu ustalenie, czy dotychczas panująca teoria płci ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. Ponad 13 tysięcy osób zostało w nich przebadanych pod kątem 122 różnych cech osobowości – od empatii, seksualności oraz ekstrawersji, aż po upodobania naukowe i zainteresowania. Rzeczywiście, okazało się, że te ostatnie można do pewnego stopnia przewidzieć na podstawie informacji o płci (kobiety faktycznie częściej zajmują się kosmetykami i modą, a mężczyźni – boksem i motoryzacją). Jednak podobna zależność nie wystąpiła w odniesieniu do cech osobowości. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mają równe szanse na bycie osobami empatycznymi, odważnymi, władczymi czy uległymi. Członkowie tej samej grupy różnią się między sobą bardziej niż statystyczni przedstawiciele każdej z nich. Innymi słowy: każdy z nas jest inny, a płeć nie ma tu większego znaczenia.

„Gdy coś pójdzie nie tak między partnerami, ludzie często obarczają winą płeć drugiego partnera. Takie uproszczone ramy mogą być szkodliwe w kontekście związków partnerskich” – przekonuje profesor Harry Reis. Trudno się z tym nie zgodzić. Jeśli od dłuższego czasu masz wrażenie, że ty i twoja ukochana osoba mówicie różnymi językami, być może tak jest w istocie. Para, która nie może się dogadać, nie doświadcza tych problemów ze względu na różnice płciowe. Konflikty pojawiają się także w związkach homoseksualnych – gdyby płeć była czynnikiem przesądzającym, takie pary nigdy by się ze sobą nie kłóciły. Czasami warto uświadomić sobie, że nieustające spory, nieporozumienia i sprzeczne potrzeby mogą wynikać z niedopasowania partnerów. Być może łatwiej wmawiać sobie, że winę ponosi konstrukcja naszych mózgów, jednak prawda jest znacznie bardziej trywialna – porozumienie między kobietą a mężczyzną jest jak najbardziej możliwe, o ile właściwie ulokujemy swoje uczucia. A jeśli w naszym (ogólnie udanym) związku pojawią się niesnaski, należy rozwiązać je poprzez dialog, z empatią i zrozumieniem. Na przeszkodzie dobrej komunikacji nie stoi dychotomia płciowa, a upór, chęć postawienia na swoim oraz… hołdowanie stereotypom. Czas z nimi skończyć! Kobiety nie są z Wenus, a mężczyźni nie pochodzą z Marsa – wszyscy urodziliśmy się na ziemi i jeśli będziemy tego chcieli, z pewnością znajdziemy wspólny język.

Jak nie zwariować z miłości?

Jak nie zwariować z miłości?

Wielu z nas marzy o szalonej, płomiennej miłości. Jednocześnie wiemy, że nie warto „tracić głowy” dla ukochanej osoby, a burza hormonalna nie powinna przysłaniać nam zdrowego rozsądku. Ale jak pogodzić te dwie kwestie? Czy można się zakochać i pozostać przy zdrowych zmysłach? Jak sprawić, by nasza miłość nie odebrała nam umiejętności trzeźwego myślenia i nie przesłoniła całego świata?

Podobno przynajmniej raz w życiu trzeba kompletnie zwariować z miłości. Wybuch namiętności bywa bardzo gwałtowny i trudny do poskromienia. Jest to niezwykle przyjemny stan, podczas którego czujemy się jak pod wpływem środków odurzających: wydaje nam się, że wszystko jest możliwe, a rzeczywistość maluje się w samych jaskrawych barwach. Ukochana osoba jest w naszych oczach perfekcyjna i pozbawiona wad. Zakochany człowiek zachowuje się trochę jak niespełna rozumu: traci zainteresowanie dotychczasowymi pasjami, jego ogląd świata jest zaburzony, odczuwa nagły przypływ energii, nierzadko nie może spać i jeść. Niestety, im większe „szaleństwo”, tym bardziej bolesny okazuje się powrót do szarej rzeczywistości. Taki stan nie może bowiem trwać wiecznie: wiecznie przyspieszone bicie serca, niespokojny oddech i gwałtowne zmiany nastroju na dłuższą metę nie pozwoliłyby nam normalnie funkcjonować, a każdy, nawet najwspanialszy człowiek ma wady i słabości, które prędzej czy później poznamy. W dodatku kiedy jesteśmy zakochani, często popełniamy ogromne błędy i robimy głupstwa, za które później przychodzi nam słono płacić. Wydaje się więc, że lepiej  unikać wielkich porywów serca, by nie narażać się na rozczarowania i cierpienie. Z drugiej jednak strony, każdy z nas pragnie wielkiej miłości i emocji, które pozwolą nam poczuć, że naprawdę żyjemy. Ale czy istnieje jakikolwiek sposób, by pogodzić te dwa rozbieżne cele?

Skąd się bierze namiętność? Wiele par z wieloletnim stażem narzeka, że ich uczucia względem siebie zmieniły się w trakcie trwania relacji. Na początku były gwałtowne i nieokiełznane, a z czasem wielką chemię zastąpiły spokój, wzajemne zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Skończyły się spontaniczne randki, nerwowe oczekiwani na telefon i przyspieszone bicie serca na widok ukochanej osoby. Oczywiście, to nie oznacza, że między partnerami nieuchronnie pojawia się obojętność – wiele małżeństw wciąż cieszy się udanym życiem seksualnym, wzajemnym pociągiem i silnymi uczuciami. Są one jednak nieco inne niż na początku. Istotą zauroczenia i namiętności jest bowiem… niepewność. Właśnie dlatego jej wybuch przypada na etap, w którym nie znamy jeszcze zbyt dobrze drugiej osoby, nie jesteśmy pewni, czy jej na nas zależy ani tego, w jaką stronę podąża nasza relacja. Wraz z rozwojem związku w naturalny sposób dążymy do zobowiązania i bycia ze sobą na co dzień, dzięki czemu lepiej się poznajemy i czujemy się ze sobą coraz bardziej bezpiecznie.

Wybuchy namiętności mogą być bardzo przyjemne, jednak czasem powinny wzbudzać naszą czujność. Czym innym są „motyle w brzuchu” na widok niedawno poznanej, atrakcyjnej osoby, a czym innym – huśtawka nastrojów spowodowana ciągłymi kłótniami, rozstaniami i powrotami. Nieustanny strach przed utratą ukochanej osoby sprawia, że chwile bliskości smakują szczególnie dobrze. Jednak tak chwiejna relacja nie jest zdrowa – nie warto tracić głowy i podporządkowywać swojego życia toksycznemu związkowi.

Drugą kwestią, o jakiej zawsze należy pamiętać, jest niepodporządkowywanie całego swojego życia jednej jego dziedzinie. To normalne, że nasze priorytety ulegają zmianie, kiedy się zakochujemy. Nagle okazuje się, że zamiast poświęcać się swojej pasji lub pracować po godzinach, by zarobić więcej pieniędzy, wolimy spędzić ten czas z ukochaną osobą. Jednak nie warto pozwalać, by nowa, krótkotrwała relacja zmieniła całe nasze życie. Zauroczenie nie usprawiedliwia zaniedbywania obowiązków i przyjaciół. Nie należy również zdradzać swoich dotychczasowych wartości w imię nowego związku. Jeśli do tej pory byliśmy przeciwni romansowaniu z zajętą osobą, nie róbmy tego tylko dlatego, że się nią zauroczyliśmy. Jeśli nasz partner ma zupełnie inne potrzeby, marzenia i plany na przyszłość, również nie zobowiązujmy się, że zmienimy dla niego swoje podejście do życia. Ukochana osoba powinna nas wspierać i sprawiać, że jesteśmy najlepszą wersją samych siebie, a nie powodować, że zapominamy o sobie i zdradzamy własne ideały.

Początki związku to czas, w którym patrzymy na obiekt swoich uczuć przez różowe okulary. Wydaje nam się najatrakcyjniejszą, najmądrzejszą i najbardziej interesującą osobą, jaką kiedykolwiek spotkaliśmy. Nie możemy jednak podchodzić do niego zupełnie bezkrytycznie. Nawet najlepszy człowiek nie jest pozbawiony wad, a im szybciej je dostrzeżemy, tym mniejsza szansa, że zwiążemy się z kimś, kto zupełnie do nas nie pasuje. Warto przyjrzeć się ukochanemu człowiekowi jak najbardziej trzeźwo. Warto w tym celu opisywać sobie różne sytuacje z jego udziałem tak, jakbyśmy byli kronikarzami. Co się zdarzyło? Co zrobił nasz partner? O czym to świadczy, na jakie cechy wskazuje? Namiętność z czasem staje się mniej intensywna, więc nie może być jedyną rzeczą, która łączy parę. Musimy poważnie zastanowić się nad tym, czy nasze cele są zbieżne, a cechy osobowości kompatybilne. Krótko mówiąc: czy jesteśmy w stanie nie tylko się kochać, ale również przyjaźnić i wspierać w rozmaitych życiowych sytuacjach.